Elektryka prąd nie tyka – recenzja filmu „Być kimś”

Filip Grzędowski19 września 2023 20:00
Elektryka prąd nie tyka – recenzja filmu „Być kimś”

Filmy studentów często przyprawiają o niemały ból głowy. Wszyscy mamy serdecznie dosyć szantaży emocjonalnych i kolejnych (choć szczerych, to banalnych) historii o relacjach z rodzicami. Z tym większą radością ogląda się te wyjątkowo udane etiudy studenckie, a taką niewątpliwie jest najnowsza produkcja Michała Toczka. Zrealizowany w łódzkiej Szkole Filmowej Być kimś podbija wszystkie ważne polskie festiwale filmowe. Na rozkładzie ma już Nowe Horyzonty, a już niedługo staje do boju w konkursach w trakcie Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych  oraz Festiwalu Kamera Akcja. Czy jednak rzeczywiście tak ciepłe przyjęcie jest tutaj zasadne?

Nazwisko reżysera rzeczywiście jest dość głośne, jednak w niszowym obiegu filmów studenckich i polskiego kina krótkometrażowego. Warto nieco przybliżyć jego sylwetkę. Kończący reżyserię na Targowej twórca zdążył już wcześniej dwa razy oczarować polską publiczność. Pierwszym znaczącym sukcesem Toczka było niezwykle inteligentne Starwberry Boys z 2018 roku. To dokumentalna obserwacja życia ambitnego chłopaka, który za dnia zbiera z ojcem truskawki, a nocami marzy o byciu nowym Zenkiem Martyniukiem. Drugim małym diamentem w tej krótkiej filmografii jest niewątpliwie Martwe małżeństwo, opowieść o statystach grających umarłych, między którymi rodzi się uczucie (główną rolę, podobnie jak w Być kimś gra Sebastian Stankiewicz). Nietrudno zauważyć, że twórczość Toczka opiera się o błyskotliwe i kreatywne pomysły. To one są punktem wyjścia dla całego filmu.

Z Być kimś nie jest inaczej. Wiktor (w którego wciela się Sebastian Stankiewicz) razem z rodziną wprowadza się do nowego mieszkania. Okazuje się, że w tym samym miejscu mieszkał kiedyś Lech Wałęsa. Dla rodziny staje się to okazja do szybkiego zarobku na turystach. Wiktor musi jednak walczyć o własną tożsamość, musi pogodzić własne „bycie kimś” z miłością do żony i jej pomysłów, nawet jeżeli te wydają się spektakularnie głupie. Film Toczka to bardzo dobrze zrealizowany crowdpleaser. Świetny punkt wyjścia prowadzi do szybkiego i umiejętnego rozwinięcia kilku postaci i łączących je relacji.

Rzeczywiście należy Toczkowi oddać, że opanował do perfekcji sposób opowiadania w krótkich formach filmowych. Każda z niespełna 25 minut zostaje wykorzystana. Nie zabrakło czasu na rozwój bohaterów, a przede wszystkim łączącej ich relacji, która zdaje się tu najważniejsza, a przy tym także czasu na zadumę czy niezwykle zabawne sceny komediowe. Wszystko jest tutaj, jak trzeba.

Może trochę w tym problem? Film Toczka jest dość bezpiecznym i bardzo klasycznym filmem. Balans między humorem a cierpką rzeczywistością nosi znamiona skutecznego wytrychu, dzięki któremu reżyser trafił do serc szerokiej widowni. To prosty crowdpleaser, ale nie jest to znacząca wada. Na tym etapie twórczości młodego reżysera nie powinno rozpatrywać się tego jako uchybienie. Choć żaden z motywów nie jest wykwintny lub wyszukany, tak te nieco banalne treści zostały kreatywnie potraktowane.

fot. plakat filmu Być kimś, reż. Michał Toczek
fot. plakat filmu Być kimś, reż. Michał Toczek

Lech Wałęsa to jak wiadomo wielki, a przy tym niezwykle skromny Polak. Reżyser, znów, podchodzi do tematu bez pudła. To trochę „cenzowałęsa” – inteligentne i asekuranckie, choć bezczelne i celne wyśmianie kultu, jakim obudował się były prezydent. Z drugiej strony to dobre odbicie marzeń i ambicji głównego bohatera. Choć Toczek nie jest poetą, rym w jego scenariuszu bynajmniej nie jest częstochowski. Całość dopełnia bardzo potrzebna jedna scena tematyzująca ewentualne powiązania Wałęsy z Urzędem Bezpieczeństwa. Toczek zawiera cały dyskurs w jednej linijce dialogowej, co jest złotym środkiem. Nie przesadził, a jednocześnie niezwykle pogłębił nieśmiałą ocenę Wałęsy w swoim filmie.

W główną rolę wciela się zaskakujący Sebastian Stankiewicz. Kojarzony jedynie z drugoplanowymi rolami komediowymi aktor tym razem udowadnia, że kryje się w nim także wiele innych, niewykorzystanych umiejętności. To po prostu bardzo dobry występ, w którym Stankiewicz połączył zabawną niezdarność, poruszające rozczarowanie własnymi możliwościami i skrywaną złość, którą w końcu należało rozładować. Być może to dopiero początek „innego” Stankiewicza w kinie?

Humor w Być kimś przywodzi na myśl bardzo szlachetne wzorce. Szczególnie jedna, bardzo zabawna sekwencja przedstawienia na temat polskiego noblisty przywodzi na myśl humor Bustera Keatona. Stankiewicz zachowuje kamienną twarz, Toczek nie przesadza, a publika zwija się ze śmiechu. Serce rośnie, widząc, że jest w Polsce miejsce na taki humor.

Nie jest tajemnicą, że Być kimś stanie się wkrótce pierwszym pełnometrażowym filmem Michała Toczka. W rolę główną znów wcieli się Sebastian Stankiewicz. W trakcie spotkania z widownią w czasie 50. Ińskie Lata Filmowego reżyser zdradził, że w filmie pojawi się także więcej wątków związanych z transformacją. Trudno się nie złapać za głowę. O ile Być kimś wygrywało jedynie pobieżnym nakreśleniem sporu wokół postaci Lecha Wałęsy, tak przedłużenie tego do ogólnego problematyzowania zmiany ustroju w przypadku tak niedoświadczonego reżysera wydaje się ryzykowne. Trudno spodziewać się, by Toczek powiedział na ten temat coś nowego i potrzebnego. Pewna niewierność wobec takiego zakresu tematycznego idzie jednak w parze z pasmem sukcesów młodego reżysera. Może więc nie wyjdzie tak źle? Cytując podlaskiego idola ze Starwberry Boys można rzec, że czas pokaże.

Być kimś to niewątpliwie udany krótki metraż. Znakomity temat trafił w ręce niezwykle zdolnego reżysera, który przełożył temat na znakomitą słodko-gorzką igraszkę, w której humor idzie w parze z potrzebnym i szczerym pochyleniem się nad poszukiwaniem własnego „ja”. Michał Toczek potwierdził swój wielki talent. Po raz kolejny dopisało mu szczęście. Miejmy nadzieję, że nie po raz ostatni.