Po tym, jak ziejąca, kilkumiesięczna wyrwa w środku drugiego sezonu Invincible nadużyła zaufania odbiorców, twórcy mieli przed sobą niełatwe zadanie: dostarczyć kolejną porcję perypetii Marka Graysona nie tylko szybciej, niż zwykle, ale i w sposób, który usatysfakcjonuje każdego malkontenta. Czy w trzecim sezonie Niezwyciężony wraca silniejszy niż zwykle, czy ugina się pod ciężarem oczekiwań?
Gdy w zeszłym roku żegnaliśmy się z tytułowym bohaterem, dopiero co zmył z dłoni krew swojego pierwszego prawdziwego nemesis. Waga tego, że Mark zabił człowieka po tym, jak cały sezon spędził obiecując samemu sobie, że nigdy tego nie dokona, wydaje się ciążyć na nim podczas początkowych epizodów trzeciego sezonu Invincible. Ten obiecujący początek wydaje się za nadrzędny cel obrać pokorne przeprosiny wobec widzów zawiedzionych tempem sezonu drugiego: akcja gna przed siebie w zawrotnym tempie, jednocześnie nie czuć w niej takiej spójności, jak miało to miejsce poprzednio. Tajemnica na temat motywu zbrodni Omni-Mana pchała do przodu pierwszy sezon, gdy ten nie był do końca pewien, w którą stronę powinien skręcić. Podobnie przewijający się w tle, oszalały Angstrom Levy stanowił pewną stałą, do której konsekwentnie budowały wydarzenia drugiego sezonu. Epizodyczne przygody były częścią tożsamości Invincible już od samego początku, jednak twórcy nie zapominali, by co odcinek przypominać nam o machinacjach dziejących się w tle – a chociaż bombastyczny finał i dramatyczny przedostatni odcinek sezonu trzeciego sprawiają wrażenie bycia wybuchem bomby, której tykania zwyczajnie nie słyszeliśmy, tak w rzeczywistości raczej przydarzają się Markowi, aniżeli stanowią sumę wszystkiego, przez co dotychczas przechodził.
Nie oznacza to jednak, że trzeci sezon Invincible jest bezcelowy: po prostu zamiast kłaść nacisk na spójność narracji, tym razem twórcy z Robertem Kirkmanem, ojcem projektu i scenarzystą adaptowanego przez serial komiksu, na czele stawiają na spójność tematyczną. Pozornie niezwiązane z niczym side-questy, na jakie Mark udaje się w środku sezonu, jak choćby podróż w czasie, by uratować ciemiężoną Ziemię przyszłości od rządzącego nią tyrana, w perspektywie wszystkich ośmiu odcinków odpowiadają za kolejne pęknięcia na tarczy kompasu moralnego Marka. Ten, mimo momentami dziecięcej wręcz naiwności, musi mierzyć się z realiami świata, który nie tylko jest znacznie mniej czarno-biały, niż mu się wydaje, ale też nierzadko zmusza go do podejmowania decyzji sprzecznych z jego wizją wiecznego dogadywania się z wrogiem. Trzeci Invincible eksploruje swoje motywy z większą śmiałością i pewnością w kwestii tego, co chciałby powiedzieć, niż sezon drugi, dzięki czemu nawet spowolnienie tempa historii w środkowej części sezonu nie odstrasza. Twórcy wystarczająco dobrze potrafią zasygnalizować w trzech pierwszych epizodach, że nawet bez wielkiego złola podbudowywanego w każdej epilogowej scenie po napisach są w pełni świadomi tego, dokąd zmierza ten rozdział życia Marka Graysona, toteż nawet porozrzucane i pomieszane puzzle finalnie układają się w pełny obrazek.
Jednocześnie Invincible nie rezygnuje ze swoich telenowelowych korzeni – o ile porównania do zachodniego shonena czy One Piece dla białych rzucane są zwykle w formie żartu, to ciężko nie uznać ich za adekwatne. Kirkman bardziej od rozlewu krwi i flaków kocha jedynie zhiperbolizowane do granic możliwości ludzkie dramaty, a Invincible, ze swoją liczną zgrają kolorowych postaci, pozwala mu dokładnie na tego typu zabawę. Z jednej strony Mark trenuje przy pomocy stutonowych maszyn i jednym ciosem powala potwory wielkości drapaczy chmur, z drugiej zbiera się w sobie, by móc powiedzieć nowej partnerce, Atom Eve, że naprawdę ją kocha. Jego poprzednia miłość, Amber, nie spotkała się ze szczególnie dobrym odbiorem wśród widzów. Teraz, gdy Mark w końcu może rozwijać relację ze swoją rudowłosą dziewczyną, twórcy wydają się nieco tchórzliwie podkulać ogon i udobruchać wszystkich, dla których Amber była zbyt gadatliwa lub zbyt często kwestionowała zachowania Marka. Eve, która przez poprzednie dwa sezony funkcjonowała jako pełnoprawna postać z własnymi problemami, teraz wydaje się zredukowana do partnerki Marka, przy okazji partnerki idealnej – zawsze zgodnej, zawsze rozumiejącej, gotowej rzucić wszystko, by być przy nim i na koniec dnia podczas kolejnego debriefu na dachu domów Graysonów posłużyć dobrą radą i prawie że wypowiadanym wprost do widza morałem danego odcinka. Wątek rozpoczętych przez nią studiów czy jej rodzinnych problemów znika szybko po pierwszych odcinkach, by mogła służyć za maszynę do potakiwania i przyznawania Markowi racji. Kilka świetnych momentów akcji z dwóch ostatnich odcinków, które mają zadośćuczynić temu, jak w komiksowym oryginale Eve została w trakcie tych wydarzeń sprowadzona do roli damy w opałach, nie sprawia, że nie sposób zauważyć tego, jak umniejszona została jej rola.
O wiele lepiej wypada postać Cecila, fuzja marvelowego Nicka Fury’ego i Amandy Waller z DC, rządowego agenta starającego się jakkolwiek utrzymać w ryzach świat superbohaterów, kosmitów i istot nadprzyrodzonych. Aksamitny głos Waltona Gogginsa czynił każdy jego występ w poprzednich sezonach czymś ekscytującym nawet wtedy, gdy służył on głównie do karcenia Marka i przypominaniu mu o jego misji. W trzecim sezonie Cecil ma jednak szansę naprawdę zabłysnąć. Nie tylko poznajemy w końcu jego genezę, ale i – przynajmniej podczas odcinków – staje się on siłą stojącą w filozoficznej opozycji do Marka, która, co w sytuacjach “bohater versus kontrolujący rząd” bywa rzadkie, nie tylko ma po swojej stronie solidne argumenty, ale wręcz wydaje się znacznie bardziej racjonalną opcją, niż wciąż rozchwiany emocjonalnie po starciu z Levym Invincible. Ostatecznie to pycha wydaje się gubić Cecila – co szczególnie udowadnia sam koniec sezonu – ale to właśnie połączenie jego narcystycznego przeświadczenia o własnej racji z faktem, że, cóż, zazwyczaj rzeczywiście ma rację, czyni samą prezencję tej postaci tak elektryzującą. To, do czego doprowadzi paranoja Cecila w kwestii bezpieczeństwa Ziemi, będzie deserem możliwym do zjedzenia w kolejnych sezonach. Z trzeciego jednak wychodzi po części zwycięsko, do tego jako jedna z, jeśli i nie najciekawsza postać w całym serialu.
Nie zatrzymujmy się jednak tylko do ograniczeń trzeciej planety od Słońca – w dalekim kosmosie kontynuowany jest wątek Allena i Nolana, który zakończył sezon drugi dobitnym stwierdzeniem, że tęskni za swoją żoną. Czy oznacza to, że już czas na powrót Omni-Mana na Ziemię? W żadnym wypadku, bo mimo swojej ckliwej deklaracji we wszystkich swoich scenach w trzecim sezonie Nolan wciąż jest pogrążony w depresji i poczuciu winy, z którego wyrywać musi go przemawiający telepatycznie głosem Setha Rogena Allen the Alien. Dzięki wspomnianemu już DNA telenoweli przeskok z ziemskich dramatów do międzygalaktycznego buddy movie nie powoduje w Invincible dysonansu poznawczego – wręcz przeciwnie, ucieczka z viltrumickiego więzienia to również jeden z mocniejszych wątków tego sezonu i aż szkoda, że w jego drugiej połowie nie zobaczymy już twarzy Nolana ani Allena aż do samego końca. Z drugiej strony traktować go można jako pewien zwiastun tego, co nadejdzie, bo przyszłe sezony znacznie poszerzą horyzonty Marka, który coraz częściej będzie dryfował w kosmosie, aniżeli stąpał po twardym gruncie. Jeśli jakość segmentów z Nolanem i Allenem ma być w jakiś sposób przedsmakiem tego, co czeka widzów dalej, to śmiało można już zacierać ręce, bo wypadło to bardzo porządnie.
Nie bez powodu większość pochwał i zachwytów co do trzeciego sezonu skupia się na jego dwóch finałowych odcinkach: następujące jedne za drugim wstrząsające Ziemią i światem (oraz światopoglądem) Marka wydarzenia to zastrzyk wysokooktanowej akcji, ani na moment nie spuszczający nogi z pedału gazu. Chociaż w sieci uniknięcie spoilerów graniczy z cudem, to doświadczenie tego lewego i prawego sierpowego bez wcześniejszej wiedzy na ich temat to okropnie satysfakcjonujący kawał telewizji. Mimo, że podbudowa fabularna do tych gigantycznych kryzysów była praktycznie nieistniejąca, w powietrzu czuć było napięcie: zarówno w kontekście treści serialu, jak i dyskusji wokół niego. Chociaż pierwszy rzut odcinków trzeciego sezonu Invincible wylądował na Prime Video wręcz anonimowo, to dzięki potędze hype’u i rosnącej liczbie memów zainteresowanie w kręgach Internetu wydawało się rosnąć z tygodnia na tydzień do tego stopnia, że odcinki siódmy i ósmy dla śledzących serial stały się wydarzeniem skalą porównywalną z Super Bowl. Epickości i skali nie da się finałowym epizodom odmówić – jednocześnie nie jest to tylko bezmyślna akcja, a pewna kulminacja wszystkiego, czego najbardziej obawiał się Mark; powołanie do życia jego koszmarów, środkowy palec od wszechświata akurat, gdy zaczynał jakoś układać swoje emocjonalne rozterki. W tym właśnie tkwi siła tego eksplodującego energią finału: podczas gdy nasze oczy cieszą się dynamiczną wymianą ciosów i równaniem miast z ziemią, w końcu możemy poczuć, do czego sezon trzeci po cichutku prowadził. Ponadto to w tym duecie wcielający się w głównego bohatera Steven Yeun może dać prawdziwy popis swoich umiejętności – wykorzystuje on te okazję do maksimum, dostarczając zdecydowanie najbardziej zróżnicowany występ głosowy spośród wszystkich trzech sezonów.
Bombastyczność tego zwieńczenia po części zagłusza jednak bardziej kameralne, ale wciąż bardzo dobre elementy trzeciego Invincible – jak choćby poprowadzony bez słowa narracji czy dialogu montaż ukazujący błędne koło, w jakim utknęli pomniejsi złoczyńcy nękający Invincible’a w poprzednich sezonach czy emancypację Debbie Grayson, która po emocjonalnym dołku poprzedniego sezonu ponownie odnajduje samą siebie w roli matki Oliviera. Invincible zawsze będzie stało wielkoskalową akcją – to koniec końców bardzo dobrze poprowadzona, ale wciąż superbohaterszczyzna, a szeptany marketing w postaci tiktokowych montaży nie zadziała, jeśli fandom nie dostanie odpowiedniej ilości zbitego na kwaśne jabłko Marka. Warto jednak docenić to, że oprócz świetnie ukazanych trudów bycia superherosem, Kirkman wraz z ekipą znajdują czas na bardziej wyciszone, intymniejsze momenty, które po trzech sezonach wciąż potrafią wypaść nad wyraz dobrze.
Jako czytelnik komiksu nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o zmianach względem materiału źródłowego, jakich dokonują twórcy w trzecim sezonie – a chociaż nie są one szczególnie drastyczne, to wiele mówią o ich filozofii na temat adoptowania tych elementów oryginalnego Invincible, które nie zestarzały się najlepiej. Przejawia się to choćby w większym nacisku na uczłowieczenie Rexa i pozwolenie mu na odkupienie po tym, jak w poprzednim sezonie Liga Jaszczurów prawie odstrzeliła go na dobre, czy upiornym monologu kradnącego całe show występem w finale Jeffreya Deana Morgana, którego postać nie wygłaszała w komiksie. O ile wcześniej nie wszystkie zmiany w przełożeniu Invincible na język serialu działały na korzyść historii, tak tutaj scenarzyści wydają się w pełni odnaleźć odpowiedni dla siebie rytm, miksujący dosłowne cytowanie komiksowych kwestii z odważnymi, ale przemyślanymi decyzjami na temat pacingu, które pozwalają serialowej narracji płynąć o wiele żwawiej. Efekty widać nawet w tonie niektórych scen, czy nawet całych wątków: o ile komiksowy Powerplex w swoim debiucie przypominał raczej parodię obsesyjnego stalkera, który dopiero pod koniec swojej krucjaty uświadamia sobie skalę tragedii, do jakiej dopuścił, tak dzięki prostej retrospekcji (i chropowatemu głosowi Aarona Paula, który po Breaking Bad ma doktorat z łkania i okrzyków rozpaczy) w serialu jego postać nabiera potrzebnej wielowymiarowości i nieoczywistości.
Pozostaje jednak jeden problem, z którym Invincible zmaga się od pierwszego sezonu, a którego naprawienie wymagałoby raczej niemożliwego do osiągnięcia kompromisu – jakość animacji. Warunki, w jakich zmuszeni są pracować animatorzy, nie są oficjalnie znane, ale nigdy nie był to rynek szczególnie obnoszący się poszanowaniem praw pracowniczych. Fakt, że od teraz Prime Video stawia na coroczną premierę nowych sezonów Invincible, może oznaczać, że czeka ich jeszcze więcej katorżniczej pracy – domaganie się, by każda sekunda animacji serialu wyglądała perfekcyjnie, a każda scena akcji przypominała najwyższy standard wschodnich wytwórni (które jeszcze bardziej słyną z batożenia zatrudnianych przez siebie twórców) jest więc według mnie przejawem krótkowzroczności. Łatwo zauważyć, gdy w danej scenie trzeciego sezonu Invincible animatorzy poszli na skróty, myślę jednak, że równie łatwo jest machnąć na to ręką. Zwłaszcza, że w finale wspinają się na wyżyny swoich możliwości: impact frame goni kolejny impact frame, kamera dynamicznie podąża za przerzucanym z jednego końca miasta na drugi Markiem, jucha leje się na wszystkie strony. Ta kilkudziesięciominutowa walka to jak dotąd wizualny szczyt Invincible, warty przymknięcia oka, gdy podczas scen dialogowych postacie, które akurat wypowiadają swoje kwestie podejrzanie często pokazywane są plecami do ekranu.
Trzeci sezon Invincible to pod praktycznie każdym względem podniesienie poprzeczki względem poprzedniego. Emocjonalne momenty uderzają mocniej, fabuła pędzi do przodu na tyle, by nie zanudzić widza, ale zwalnia wystarczająco często, by nie złapać zadyszki, a wielkie starcia imponują skalą zniszczenia. Postawienie na filozofię “bardziej, mocniej, szybciej” odbija się potraktowaniem po macoszemu niektórych postaci, ale te mankamenty bledną na tle świetnie poprowadzonych wątków i zniuansowanej eksploracji nieco oklepanych, ale pomalowanych świeżą warstwą farby motywów. Ekipa Kirkmana wyciska co się da z superbohaterskiej konwencji, miażdżąc przy tym większość konkurencji. Śmiało można uznać ten sezon za najlepszy z dotychczasowej trójki – obym za rok mógł równie pozytywnie wypowiedzieć się o kolejnym rozdziale tej historii.
Trzeci sezon Invincible jest dostępny do obejrzenia na platformie Prime Video.