„Ojczyzna”. Recenzja filmu – Stare sztuczki czarodzieja
Po ośmiu latach od premiery Zimnej wojny Paweł Pawlikowski powraca z nowym filmem. Czy Ojczyzna to kolejne arcydzieło polskiego reżysera?
Nie da się ukryć, że nie ma w tym momencie drugiego polskiego reżysera o takim statusie, jak Paweł Pawlikowski. Podczas gdy inni twórcy z naszego kraju sporadycznie próbują swoich sił na froncie międzynarodowym z bardzo różnym skutkiem, autor Idy i Zimnej wojny ma na swoim koncie szereg wyróżnień, w tym nagrodę na festiwalu w Cannes i Oscara. Pawlikowski jest żywą legendą polskiego kina, reżyserem, którego dwa ostatnie filmy są uwielbiane i w granicach naszego kraju, i na całym świecie.
Choć Zimna wojna, jak na standardy polskiego kina, odniosła gargantuiczny sukces, na kolejny film Pawlikowskiego przyszło nam czekać bardzo dłubo. Reżyserowi nie udało się niestety nakręcić zapowiadanego The Island, w którym zagrać mieli Joaquin Phoenix i Rooney Mara. Potem na jakiś czas słuch o Polaku zaginął, ale teraz, po ośmiu latach od premiery Zimnej wojny, powraca on z nowym tytułem. Mowa tu o Ojczyźnie, inspirowanej książką Colma Tóibína Czarodziej, poświęconą Thomasowi Mannowi. Film zadebiutował w konkursie głównym tegorocznego festiwalu w Cannes. Czy to kolejne arcydzieło Pawlikowskiego, czy może nudna powtórka po poprzednich dziełach?
Akcja filmu rozgrywa się w podzielonych Niemczech w 1949 roku. Thomas Mann, wybitny pisarz i laureat nagrody Nobla, który opuścił kraj po dojściu nazistów do władzy, wraca teraz do niego z córką, Eriką, by zobaczyć co zostało z jego dawnego domu.

Paweł Pawlikowski swoimi dwoma ostatnimi filmami przyzwyczaił nas do bardzo konkretnego stylu i tematyki. Czarno-białe zdjęcia w formacie 4:3, powojenna Europa i metraż zawsze oscylujący w okolicy 80 minut. Wszystko to stało się już znakiem rozpoznawczym polskiego twórcy. Teraz, kiedy wraca do Cannes z Ojczyzną, okazuje się, że nie ma zamiaru odchodzić od tego sprawdzonego szablonu.
Nowy film Pawlikowskiego to dokładnie to, co widzieliśmy w Idzie i Zimnej wojnie.
Ojczyzna korzysta z tych samych formalnych rozwiązań, porusza dokładnie ten sam temat i, co najbardziej frustrujące, ma nawet sceny do złudzenia przypominające te z poprzednich dzieł reżysera. Wystarczy zerknąć na jej zakończenie, które jest niezwykle podobne do tego w Zimnej wojnie.
Oczywiście, wszystkie te elementy wciąż sprawdzają się całkiem nieźle, nie da się jednak nie ulec wrażeniu, że Pawlikowski na tym etapie jest twórcą niezwykle hermetycznym. Jego nowy film to stare, sprawdzone sztuczki, które przyniosły mu sukces przy dwóch poprzednich dziełach. Powtarzanie scen i motywów w taki sposób, jakby wszystkie one nie zostały już dostatecznie wyeksploatowane przez Idę i Zimną wojnę. Reżyser utknął w powojennej Europie, wciąż zalewając nas jej czarno-białymi, estetycznymi obrazami. Brakuje mu odwagi, zarówno jeśli chodzi o formę, jak i zakres podejmowanych tematów.
Powtarzalność w formie i tematyce to problem, natomiast uważam, że wciąż można by przymknąć na nią oko, gdyby Ojczyzna poziomem była choć trochę zbliżona do dwóch poprzednich filmów Pawlikowskiego. Tymczasem jej problemy wychodzą daleko poza zwykłą wtórność. Przede wszystkim tematycznie film jest całkowicie zagubiony. Reżyser bez przerwy wprowadza nowe wątki tylko po to, by szybko je porzucać. Przy zaledwie 80 minutach i subtelnym stylu Pawlikowskiego, Ojczyzna nie ma czasu, żeby powiedzieć cokolwiek interesującego.
Zawodzi na przykład wątek Thomasa Manna.
Niemiecki pisarz jest postacią fascynującą, a jeśli chodzi o jego relację z rodzimym krajem, stanowi ona świetny temat, który wyczerpał zresztą Colm Tóibín w swoim Czarodzieju. Tymczasem u Pawlikowskiego Mann jest postacią wyjątkowo niemrawą. Smutną, cichą, ale przy tym pozbawioną jakiegokolwiek wewnętrznego konfliktu. Cały jego wątek sprowadza się do prostego wniosku, że i Wschodnie, i Zachodnie Niemcy są złe. Jeszcze gorzej jest, jeśli chodzi o wątki pozostałych Mannów. Klaus, syn Thomasa, ma co prawda jedną, świetną scenę, ale przez resztę filmu Pawlikowskiemu nie zależy szczególnie na rozbudowaniu jego relacji z rodzicami i siostrą. Zupełnie tak, jakby reżysera interesowała strona wizualna i atmosfera, a nie konkretne wątki.

Oczywiście Ojczyzna, jak przystało na Pawlikowskiego, jest bardzo dobrze wyreżyserowanym filmem i wiele jest tu dobrych scen. Zdarzają się momenty urokliwe, kreatywne. Często krótkimi scenkami reżyser potrafi nadać swoim bohaterom głębi. Natomiast takie przelotne momenty nie zastąpią koherentnych wątków. Pawlikowski ma rękę do szczegółów, do subtelnych gestów, lecz nie potrafi z nich wszystkich skleić satysfakcjonującej historii. Więc nawet jeśli Ojczyznę ogląda się dobrze, ostatecznie pozostaje po niej ogromny niedosyt. Bo od razu widać, że oglądamy wprawnego czarodzieja, robiącego po raz kolejny ten sam film i powtarzającego te same wnioski.
Najciekawiej w tym wszystkim wypada wątek sztuki, jedyny nowy aspekt, jaki Pawlikowski dodaje do swojej analizy powojennej Europy. Mann jawi się w Ojczyźnie jako ostatni wielki pisarz, człowiek z dawnej epoki i potomek Goethego, krążący po świecie, który już do niego nie należy. Chyba najsmutniejszym wnioskiem płynącym z filmu Pawlikowskiego jest to, że sztuka, choć często niezwykle poważana i wykorzystywana politycznie, nie ma prawdziwego wpływu na świat i nie ocali Niemiec.
Obsada spisała się porządnie, choć trudno tu mówić o rolach choćby w połowie tak udanych i widowiskowych jak te z Zimnej wojny. O ile Tomasz Kot i Joanna Kulig mogli u Pawlikowskiego pokazać całą gamę emocji, o tyle aktorzy w Ojczyźnie są raczej wyważeni i brakuje im czasu na ekranie. Sandra Hüller, wcielająca się w Erikę Mann, wypadła dobrze. To kreacja spokojna, trochę rozczarowująca, ale nie ze względu na poziom aktorki, a scenariusz. Hüller przydałoby się więcej scen, w których rzeczywiście mogłaby pokazać emocje, a nie jedynie towarzyszyć beznamiętnie ojcu. Szczerze mówiąc bardziej podobał mi się występ Hannsa Zischlera, który świetnie oddał aurę smutku spowijającą Thomasa. Mogę mieć swoje problemy z tym, jak postać pisarza jest napisana, ale sam aktor wywiązał się ze swojego zadania bardzo dobrze. Wspomnieć warto też o Auguście Diehlu, który wciela się w Klausa Manna. Choć ma on w filmie tylko jedną scenę, wypada ona absolutnie świetnie i wyciąga z wątku rodzinnego więcej interesujących wniosków niż cała reszta.
Nie ulega wątpliwości, że Ojczyzna jest wizualnie świetna. Zdjęcia Łukasza Żala są precyzyjne, a przy tym ciekawie wykorzystują krajobraz zniszczonych Niemiec. Podobają mi się zarówno ujęcia ogólne, przedstawiające całe miasta, jak i drobne szczegóły, na które kierowana jest kamera, jak choćby w scenie w domu Goethego. Natomiast, o ile film wygląda bardzo dobrze, o tyle na nikim nie zrobi to już szczególnego wrażenia. Pawlikowski i Żal korzystają z tych samych zagrywek co w przypadku Idy i Zimnej wojny, więc czasem aż prosi się o to, żeby spróbowali czegoś nowego.
Ojczyzna to ogromne rozczarowanie.
Film na wielu płaszczyznach zrealizowany dobrze, nieraz imponujący reżysersko czy operatorsko, ale przy tym tematycznie czy scenariuszowo płytki. To projekt leniwy, powtarzający sprawdzone rozwiązania i niedodający nic ciekawego do dorobku polskiego twórcy. Pawlikowski zafiksował się na konkretnym okresie historycznym i stylu, ale zdaje się, że nie potrafi już z nim zrobić nic ciekawego. Po dwóch arcydziełach nakręcił film ze wszech miar przeciętny, rozczarowujący za każdym razem, gdy przechodzi do prowadzenia historii. Ojczyzna, choć obecnie doceniana, nie przetrwa próby czasu, bo jest tylko powtórką. Odtworzeniem sprawdzonego szablonu, który już się wyczerpał.
Ojczyzna trafi na ekrany polskich kin 19 czerwca. Dystrybutorem filmu jest Kino Świat.

