Relacja z #Cannes2026: Dzień 7.
Siódmego dnia na Lazurowym Wybrzeżu przypłynęły do nas światowe premiery Fjordu i Her Private Hell. Bardziej do gustu przypadł nam anglojęzyczny debiut Cristiana Mungiu, czy może pierwszy od przeszło dekady skąpany w neonach Nicolasa Windinga Refna? Na deser: kolejne opinie od Stanisława!
Fjord, reż. Cristian Mungiu
Kompletny Mungiu, który skojarzył mi się trochę z „Wytłumaczeniem wszystkiego”. Zaczynamy od małej sprawy, która przeradza się w międzynarodową, medialną aferę. Prawica kontra Lewica. Konserwatywne wartości a progresywność. Pośrodku tego wszystkiego leży dramat tych, którzy nie zostali wysłuchani oraz odpowiednio dostrzeżeni. O tym, że dobrem też można krzywdzić, a przemoc może mieć kilka twarzy. W wielu momentach zaskakująco zabawny.
Filip Mańka
Wsadza kij w mrowisko, stawiając nas w sytuacji, w której nie jesteśmy w stanie lubić bohaterów, a mimo to musimy stanąć po ich stronie i przyznać im częściową rację. Cristian Mungiu pozostaje świetnym obserwatorem, kreuje niejednoznacznych, skomplikowanych bohaterów, krytykuje system, zadając niewygodne pytania bez prostej odpowiedzi i tym razem spogląda nie tylko na Rumunów, ale i na norweskie, pozornie dużo bardziej cywilizowane, otwarte społeczeństwo. „Fjord” z jednej strony kontynuuje drogę reżysera, stylistycznie przypominając jego wcześniejsze filmy, z drugiej zaś podejmuje nowe tematy i daje miejsce nowym twarzom, bo i Sebastian Stan, i Renate Reinsve wypadli świetnie, odgrywając postaci skrajnie różne od ich wcześniejszego emploi.
Stanisław Sobczyk
STAN I DZIEWCZYNA, NORMALNA RODZINA
Mungiu poddymia, stawiając pytania o granice kontroli współczesnych społeczeństw zachodnich, bez bezpośredniej oceny którejkolwiek ze stron. Ten film mógłby mieć patronat TV Republika, a mimo to ogląda się go wyśmienicie.
Łukasz Mikołajczyk
Her Private Hell, reż. Nicolas Winding Refn
Strumień świadomości Refna, w którym nic nie ma sensu oraz porządku. Dwie godziny historii o niczym. W pewnym sensie miało to być rozliczenie Refna z kinem po tym, jak prawie umarł kilka lat temu (a tak właściwie to umarł na chwilę). Jest też trochę o daddy issues oraz poszukiwaniu spełnienia, lecz w ramach tego chaotycznego potoku myśli, podszytego nadmiarem neonowego kiczu, seans dość szybko zamienił się w walkę, aby nie zasnąć.
Filip Mańka
Jeśli lubicie Refna i słuchaliście, jak jego filmy opisują ludzie, do których on nie trafia, to pewnie wiecie, jak wyszło „Her Private Hell”. Autoparodia, zawierająca wszystkie zarzucane reżyserowi grzechy podbite do potęgi 3. Najgorsze, że w tej kompletnej pustce, zdominowanej przez wszechobecną nudę, nawet zdjęcia wypadają blado i nijako.
Łukasz Mikołajczyk
Double Freedom, reż. Lisandro Alonso
Lisandro Alonso rezygnuje z ambitniejszych narracji, wracając do swojego debiutu i prostej idei slow cinema. „Double Freedom” jest bardzo podobne do „La libertad”: ciche, powolne, tym razem wzbogacone jednak o jakiś rzeczywisty wątek, a nie tylko prostą obserwację codzienności. Wrażliwość reżysera wciąż zupełnie do mnie nie trafia, o ile mogę docenić hipnotyzujący wstęp, tak cała reszta jest męcząca, zbędna i wtórna w obrębie nurtu.
Stanisław Sobczyk
Moulin, reż. László Nemes
Pomnik dla niezłomnych, który miejscami ma za duże ciągoty do ukazywania ich cierpienia. Piękny wizualnie, świetnie wyreżyserowany i ciągnięty w górę przez rolę Eidingera, ale nie wychodzący ponad standardowe odchyły filmów o tym okresie.
Łukasz Mikołajczyk
Everytime, reż. Sandra Wollner
Wollner ma pełną kontrolę nad tym filmem. Nawet, gdy zbacza czasem z toru, to urzeka swoją subtelnością i niejednoznacznością narracji o żałobie i jej przenikaniu między osobami, które trzymają w sobie ten sam ból. Ma wybitne sceny i prześliczne ujęcia. Emocjonalnie nie jest mi aż tak bliski, ale ciężko mi nie docenić kunsztu reżyserki, która za moment będzie podbijała główny konkurs w Cannes.
Filip Mańka
Hope, reż. Na Hong-jin
Mogę narzekać na wiele, od chaotycznego scenariusza, przez całkowity brak tematu, aż do tego, że to dopiero początek większej historii. Ale trudno się tym szczególnie przejmować, kiedy „Hope” zarzuca widza kolejnymi scenami akcji i szalonymi pomysłami, podnosząc poprzeczkę nawet w ostatnich minutach. Znajdziemy tu wszystko: samoświadomy humor, pościgi, walki rodem z wielkiego blockbustera czy świetny monster movie w pierwszej godzinie.
Stanisław Sobczyk
The Beloved, reż. Rodrigo Sorogoyen
Rodrigo Sorogoyen wciąż pozostaje niezwykle utalentowanym reżyserem, tym razem świetnie budując napięcie w scenach rozmów czy emocjonalnych wybuchów. „The Beloved” radzi sobie bardzo dobrze, kiedy musi pokazać stan postaci, równocześnie sama relacja między ojcem a córką mogłaby być znacznie bardziej pogłębiona. Chciałbym, żeby film czasem odpuścił sobie efekciarskie zabawy z formą i oddał przestrzeń bohaterom, bo w obecnym wariancie wypadają oni trochę płytko i przewidywalnie, a porównania z lepszym i tematycznie dużo bardziej rozbudowanym „Sentimental Value” są nieuniknione.
Stanisław Sobczyk
Sheep in the Box, reż. Hirokazu Koreeda
Temat wielokrotnie już podejmowany, ale idealnie skrojony pod Hirokazu Koreedę. Szkoda więc, że wyszedł z niego tak przeciętny film. „Sheep in the Box” kładzie duży nacisk na wywoływanie emocji, to ckliwa, sentymentalna historia, która nie potrafi wykorzystać potencjału tkwiącego w postaciach i ich konfliktach. Zdarzają się tu udane sceny, charakterystyczny dla twórczości reżysera temat patchworkowej rodziny wciąż ma swój urok, ale ostatecznie trudno się tym emocjonować, kiedy całość jest tak nudna i nijaka.
Stanisław Sobczyk
Przygotowaliśmy dla Was także drugiego vloga z La Croisette, który w dużej mierze kręci się wokół naszego uczestnictwa w światowej premierze Ojczyzny Pawła Pawlikowskiego.
Wyjazd Immersji do Cannes wspiera Yumisu.

