To watch or not to watch… – recenzja “Imperium światła”. Camerimage 2022

Paweł Szruba14 listopada 2022 13:13
To watch or not to watch… – recenzja “Imperium światła”. Camerimage 2022

Ostatnie lata nie są oszczędne w autobiografie znanych i cenionych twórców. Belfast do dziś budzi różne, najczęściej niezbyt pozytywne emocje. Rok 2022 to z kolei Armagedon Jamesa Graya, a za chwilę zobaczymy też The Fabelmans Stevena Spielberga. Najciekawszym z puli tych projektów w samym swoim założeniu wydawało się Empire of Light Sama Mendesa. Reżyser mówi wprost, że film nie powstał, by nostalgicznie celebrować jego dzieciństwo. Mendes wręcz usuwa się z filmowej egzystencji, w całości skupia się na swojej matce oraz jej problemach ze zdrowiem psychicznym.

Imperium światła przenosi nas do Wielkiej Brytanii lat osiemdziesiątych, gdzie obserwujemy codzienność Hilary (w którą wciela się fantastyczna Olivia Colman). To kobieta ze sporymi problemami psychicznymi, która niemal całkowicie oddaje się pracy w kinie. Niestety, wbrew zapewnieniom Mendesa, film nie skupia się całkowicie na bohaterce wzorowanej na matce. I z tego rodzi się największy z problemów całej historii.

Trzema punktami spajającymi film są: choroba psychiczna, magia kina oraz rasizm i nastroje społeczne Wielkiej Brytanii. O ile jeszcze dwa pierwsze są jakkolwiek pogłębione i wzajemnie się przenikają, tak wątek rasistowski wypada bardzo pretekstowo i na wyrost. Brak tu zagłębiania się w faktyczny problem. Trudno nie odnieść wrażenia, że Mendes chciał złapać zbyt wiele srok za jeden ogon – każdy z wątków całkowicie się rozmył. Szkoda, bo kilka pomysłów było naprawdę niezłych.

fot. Imperium światła, reż. Sam Mendes, dystrybucja Disney Polska

Mendes ma fantastyczny pomysł na zainscenizowanie miłości do kina. Ukazuje podwójny i nieoczywisty wpływ kina na główną bohaterkę. Z jednej strony, pomaga jej radzić sobie z codziennymi problemami. Z drugiej, jest wręcz destruktywną iluzją rzeczywistości, która przynosi jedynie chwilową ulgę. Imperium światła jest jednak najlepsze, gdy skupia się w pełni na Hilary. Mendes genialnie portretuje jej strach, potrzebę akceptacji oraz sinusoidę nastrojów. Duża w tym zasługa wybitnej Olivii Colman. To niezwykle udana i zniuansowana kreacja aktorska, która porywa emocjonalnym zaangażowaniem aktorki.

Scena, w której bohaterka Colman wybucha w gniewie z szekspirowskim „To be or not to be…” na ustach to jedna z moich ulubionych scen w tym roku. Gorzej wypada natomiast Colin Firth, którego aktorski potencjał zdaje się być całkowicie zmarnowany.

Nie sposób nie wspomnieć o wieloletnim współpracowniku Mendesa, Rogerze Deakinsie, który po raz kolejny jest autorem zdjęć w filmie reżysera American Beauty. Warstwa wizualna robi piorunujące wrażenie. Niezwykle dopracowane i przemyślane kadry podbijają emocje targające bohaterką, a kolory wspaniale i nienachalnie korespondują z sinusoidą zachować i uczuć Hilary. Deakins po raz kolejny udowadnia, że mało kto w Hollywood może się z nim równać. Tu nie ma żadnych androidów, Jamesa Bonda ani wielkiej wojny. Roger Deakins potrafił znakomicie oddać również przyziemną, osobistą historię w sposób, który zwyczajnie zapiera dech w piersiach.

Bez wątpienia Imperium światła to najdojrzalszy i najbardziej osobisty film z całej twórczości reżysera Skyfall. Zabrakło jednak spójności tematycznej, solidniejszego pogłębienia problematyki oraz rozwinięcia niektórych bohaterów. Mam wrażenie, że sam reżyser i scenarzysta nie do końca wiedzieli o czym, oprócz bohaterki matki oczywiście, w ogóle chcieli opowiedzieć. To przyjemny seans, który pozostawił spory niedosyt.

6/10