„Michael”. Recenzja filmu – Dotyk Boga
Do kin trafił długo wyczekiwany film o Michaelu Jacksonie, który podzielił widzów i krytyków. Czy Michael to rzeczywiście dobre dzieło, czy tylko kolejna nietrafiona biografia muzyczna?
Hollywood od lat eksploatuje historie największych gwiazd muzyki. Biografie piosenkarzy to prosty sposób na stosunkowo łatwy zarobek i w wielu przypadkach sukces w sezonie nagród. To biznes, który każdemu się opłaca. Studiom, które chcą zarobić, aktorom, którzy potrzebują w dorobku głośnych ról i rodzinom muzyków, które chcą dbać o ich dorobek i wciąż go kapitalizować. W efekcie, choć większość takich biografii nie jest szczególnie udana, kolejne wciąż powstają, bo widzowie zawsze będą chętni wybrać się do kina, by jeszcze raz, tym razem na wielkim ekranie, posłuchać swoich ulubionych utworów. Hollywood odhaczyło już wiele z najgłośniejszych nazwisk: Freddie Mercury, Bob Dylan, Johnny Cash, Bruce Springsteen, Bob Marley, Whitney Houston, Amy Winehouse i wielu innych. W tym panteonie wciąż jednak brakowało jeszcze jednego, szczególnie ważnego wykonawcy. Może i najważniejszego w historii współczesnej muzyki.
Plany związane z filmową biografią Michaela Jacksona snuto już do lat.
Pierwsze informacje pojawiały się w 2019 roku, zaraz po sukcesach Bohemian Rhapsody i Rocketmana. Kilka lat później dowiedzieliśmy się, że za kamerą stanie Antoine Fuqua, a w rolę Michaela wcieli się jego bratanek, Jaafar Jackson. Od tego czasu wszystkie informacje związane z Michaelem, jakie do nas docierały, były co najmniej niepokojące. Premierę filmu przesuwano kilka razy. Okazało się, że jest to związane z dużymi zmianami w scenariuszu. Początkowo miał opowiadać między innymi o oskarżeniach o pedofilię wystosowanych wobec Jacksona i o tym, w jaki sposób wpłynęły na jego życie. Pomysł jednak porzucono, przez co scenariusz był obiektem wielu zmian, a w 2025 roku rozpoczęły się dokrętki. Dużo mówiło się również o czasie trwania Michaela. Pierwotnie miał on wynosić aż cztery godziny, później trzy i pół, ale ostateczna wersja, jaka w kwietniu 2026 trafiła do kin, trwa tylko lekko ponad 120 minut. Jakby tego było mało, niedawno pojawiły się przecieki, jakoby Antoine Fuqua miał reżyserować film, przesiadując głównie w swoim vanie, bojąc się spotkań i dyskusji z rodziną Jacksona. Sytuacja była absurdalna, a w sieci wciąż pojawiały się opisy konfliktów czy scen wyciętych z ostatecznej wersji filmu.
Michael po kilku opóźnieniach trafił wreszcie na ekrany kin i spotkał się ze specyficznym odbiorem.
Z jednej strony są zachwyceni fani, którzy mówią o najlepszej biografii muzycznej i hołdzie dla Michaela Jacksona. Z drugiej krytycy mieszający film z błotem, których negatywne recenzje zdają się niwelować jego oscarowe szanse, o których tak wiele się wcześniej mówiło. Konflikt w sieci wrze i pozostaje tylko pytanie o to, która z tych dwóch grup ma rację?

Michael Jackson, zaczynający działalność w rodzinnym zespole muzycznym Jackson Five, szybko zaczyna zyskiwać popularność i stawać się jednym z najważniejszych piosenkarzy swojego pokolenia. By osiągnąć swój pełny potencjał i okazać się najlepszym, będzie musiał zmierzyć się z trudnościami i przeciwstawić apodyktycznemu ojcu.
Zdarzały się już biografie muzyczne, przy których widoczny był wyraźny rozstrzał między opiniami krytyków a widzów. Za przykład niech posłuży Bohemian Rhapsody, które spotkało się z mieszanymi recenzjami, ale wciąż zbierało zachwyty wśród fanów Mercury’ego. Ten podział chyba jednak nigdy nie był tak bardzo wyraźny, jak w przypadku Michaela. Miłośnicy Jacksona głośno mówią o tym, że krytycy kłamią, podczas gdy ci drudzy mieszają film z błotem.
Po seansie filmu trudno dziwić się, że fani artysty są filmem tak zadowoleni.
Wynika to z tego, że Antoine Fuqua w swoim filmie ogromny wysiłek wkłada w to, by Michael Jackson prezentował się jako żywa legenda muzyki. Fabuła regularnie schodzi na drugi plan na rzecz scen, które mają oddawać niezwykłą aurę otaczającą króla popu. Nie ma tu miejsca na żadne niejednoznaczności czy wady na nieskazitelnym wizerunku – Michael to wspaniały człowiek, który bez przerwy odwiedza chore dzieci, filantrop z misją wobec świata i największy muzyk swoich czasów. Tak hagiograficzne, czołobitne przedstawienie postaci często zakrawa o kicz. Michael portretuje swojego protagonistę niczym bohatera bollywoodzkiej superprodukcji, osobę wielką w każdym aspekcie. Dlatego fani artysty, udając się do kina, dostaną dokładnie to, czego oczekują: piękną laurkę, w której ich idol jest prawdziwym superbohaterem.

W tym kontekście zupełnie nie dziwi też ostateczna decyzja o pominięciu w filmie wątku pedofilii.
Choć oskarżenia wobec Jacksona są głośne, poparte dowodami i na tym etapie zaprzeczają im właściwie tylko najbardziej zagorzali, fanatyczni fani, zupełnie nie pasują do wizerunku artysty, jaki kreuje Fuqua. Michael ma być herosem, wielkim obrońcą i sojusznikiem najmłodszych, trudno więc mówić o tym, że tych samych najmłodszych seksualnie wykorzystywał. Zresztą, istotnym pozostaje również fakt, że trudno byłoby odnieść się do tematu, próbując równocześnie zachować szacunek do ofiar i nie przekreślić legendy Jacksona. Relacje chłopców skrzywdzonych w Neverland są rzetelne i zatrważające, kwestionowanie ich bez żadnej konkretnej podstawy, naznaczone victim blamingiem, byłoby obrzydliwe. Dlatego też fabuła w zasadzie kończy się w 1988 roku, kiedy Michaela bez większych komplikacji można jeszcze portretować jako nieskazitelnego króla popu. Dużą rolę w sprawie odgrywa też zapewne rodzina Jacksona, pilnie strzegąca jego dziedzictwa i dobrego imienia. Podobna sytuacja miała przecież miejsce niespełna dekadę temu przy okazji powstawania Bohemian Rhapsody.
Dzięki całej hagiograficznej konwencji, Michaela rzeczywiście ogląda się całkiem przyjemnie. To zbiór teledysków, odtworzenia legendarnych wideoklipów i występów artysty, okraszony muzyką, której przecież trudno nie uwielbiać. Problem tylko w tym, że kiedy zdejmiemy różowe okulary i zaczniemy patrzeć na scenariusz czy poruszane motywy trochę bardziej krytycznie, film zupełnie się rozpada, a chaos z okresu produkcji jest widoczny gołym okiem.
Doskonale widać, jak wielka część filmu została na pewnym etapie wycięta.
Nietrudno uwierzyć w to, że Michael pierwotnie trwał aż cztery godziny, bo wersja, którą dostaliśmy, jest półproduktem. Wątki są pocięte, połowa z nich nie dostaje żadnego podsumowania, a przedstawiona historia wcale nie powinna się kończyć w 1988. Tak naprawdę jest tylko jeden motyw, które dostaje w Michaelu pełnoprawne zwieńczenie i jest to jego relacja z ojcem oraz zespołem Jackson Five – zarysowany chaotycznie, sztampowy, ale przynajmniej doprowadzony do końca.

Cała reszta filmu to w zasadzie zapowiedzi wydarzeń, które na ekranie nigdy nie nadchodzą. Fuqua wielokrotnie wprowadza motywy czy sceny, w ewidentny sposób będące foreshadowingiem wątków, które ze scenariusza usunięto. Pojawia się choćby sugestia uzależnienia od leków, oczywiście mająca zapowiadać śmierć Jacksona, ale nierozwinięta i ograniczona do jednej kwestii dialogowej. Jest temat bielactwa i operacji plastycznych – kolejny już motyw, który swój payoff ma długo po momencie, w którym film się kończy. Są ciągłe zapowiedzi powstania Neverland, które w Michaelu nigdy nie zostaje zbudowane. Wreszcie jest i sam temat relacji z dziećmi, zasygnalizowany sceną, w której Jacksonowi jest przykro, bo nie ma się z kim bawić.
Właśnie ten fabularny chaos i skakanie między tematami jest największym problemem Michaela.
Bo jedną rzeczą jest nakręcić biografię sztampową czy odhaczającą schematy, a drugą taką, w której nic się nie spina. Dochodzimy tu do absurdu, bo mamy do czynienia z filmem, który w ewidentny sposób jest niekompletny. Zapowiada wątki, które są zrozumiałe tylko wtedy, jeśli znamy całą historię Jacksona, a równocześnie urywa się w 1988. Samo zakończenie filmu i wyskakująca na ekranie plansza informująca nas, że „jego historia wciąż trwa”, są idiotyczne – to dziwny sposób na ratowanie tonącego statku i ucięcie historii przed 1993 rokiem, kiedy wobec Jacksona zaczęto wysuwać pierwsze oskarżenia o pedofilię.
W efekcie kończymy z istnym potworkiem Frankensteina. Kompilacją najlepszych momentów i teledysków, która niewiele ma realnie do powiedzenia. Michael to przyjemna laurka, ale przy tym zupełnie niekompetentna historia. Taka, w której koślawe dialogi i infantylne wątki relacji z ojcem czy filantropii zdają się jedynie obowiązkowym przerywnikiem pomiędzy kolejnymi piosenkami. Fuqua nie ma nic ciekawego do powiedzenia nawet o muzyce Michaela, bo cały jego proces twórczy sprowadza się do zapisywania na kartkach kiczowatych, motywacyjnych myśli pokroju „uwierz w siebie”.

Chyba największym wyzwaniem przy tworzeniu biografii Michaela Jacksona był proces castingu.
Trudno znaleźć przecież aktora, który nie dość, że będzie dobry, to odda jeszcze charakterystyczny wygląd i prezencję muzyka znanego przez ludzi z całego świata. Zdecydowano się więc na rozwiązanie najprostsze i obsadzenie w tej roli bratanka artysty, Jaafara Jacksona. Ten wybór jest dość oczywisty i w wielu aspektach trafiony. Jaafar rzeczywiście niezwykle przypomina swojego wujka, a dzięki świetnej charakteryzacji i odpowiednim kątom kamery jest w zasadzie nieodróżnialny. Główny cel udało się osiągnąć i aktor radzi sobie świetnie w imitowaniu i oddawaniu ogólnej ikoniczności Jacksona. Natomiast kiedy jego rolą nie jest już tańczenie czy odwzorowywanie wyglądu, wypada znacznie gorzej. Przerysowana modulacja głosem, infantylność przypominająca nieraz parodię czy kompletny brak wymagających, emocjonalnych scen sprawiają, że cały ten występ jest bardzo kiepski. Kiedy Jaafar ma rzeczywiście grać, a nie tylko imitować, cała iluzja opada.
Na drugim planie główna rola przypadła Colmanowi Domingo, wcielającemu się w ojca Michaela. O tym występie dużo mówiło się w kontekście potencjalnej nominacji do Oscara, ale teraz nie ulega już wątpliwości, że taki scenariusz jest zupełnie nierealny. Domingo dostarczył jedną z bardziej rozczarowujących ról w swoim dorobku. Jest nudny, sztampowy, wszystkie jego prawdziwe emocje znikają pod toną make-upu. To kreacja niepotrzebnie przerysowana i zbyt kiczowata, żeby można było mówić o jakiejkolwiek dramaturgicznej głębi.
Michaela trzeba pochwalić za to od strony realizacyjnej. Ekipy odpowiedzialne za kostiumy i charakteryzację ożywiły na wielkim ekranie króla popu, idealnie oddając jego wyrazisty styl ubioru czy wyjątkową, otaczającą go aurę. Nieźle poradzono sobie też ze scenami muzycznymi, chociaż czasem przy koncertach można było już sobie odpuścić kilkanaście ujęć pod rząd na wskakujących na scenę fanów.
Michael to nie tyle nieudana biografia muzyczna, co zupełnie niekompetentny film.
Pocięty, urwany i zamordowany już na etapie produkcji przez ciągłe zmiany i wycinanie całych godzin nakręconego materiału. To obraz skierowany tylko i wyłącznie do najbardziej zagorzałych fanów artysty, którym wystarczy odtworzenie ikonicznych momentów i puszczenie w kinie ulubionych piosenek. Nawet jeżeli seans upływa przyjemnie, a strona realizacyjna się sprawdza, to wszystko to pryska niczym mydlana bańka, kiedy tylko po wyjściu z kina zaczniemy myśleć o tym, co obejrzeliśmy. Do tego trudno zignorować to, że cała ta hagiograficzna laurka, w której Jackson zostaje namaszczonym boskim dotykiem herosem, jest wynikiem ciągłych zmian i presji nakładanej przez rodzinę artysty, by tylko nie powiedzieć o nim źle. Fuqua nie jest zainteresowany portretem człowieka z krwi i kości, nie interesują go wady czy grzechy, jego jedynym zadaniem było zbudowanie pomniku króla popu.

