Jak to jest umrzeć? Z takim pytaniem po blisko 6 latach kinowej przerwy powraca Bong Joon-ho wraz z satyrą science fiction pt. Mickey 17, będącą adaptacją książki Edwarda Ashtona. Czy ponowny zwrot południowokoreańskiego reżysera ku amerykańskiemu kinu, tym razem w wydaniu blockbusterowym, okazał się sukcesem?
Rok 2054. Na Ziemi jest tak źle, że jedynym sensownym rozwiązaniem jest ucieczka daleko poza planetę. Taką zuchwałą decyzję podejmuje Mickey (Robert Pattinson) oraz jego przyjaciel – Timo (Steven Yeun) po tym, jak nie spłacili lichwiarza-mordercy. Ekspedycja na planetę Nifelheim szybko okazuje się politycznym przedsięwzięciem nieudanego polityka i egocentrycznego biznesmena – Kennetha Marshalla. Mickey przypadkowo zapisuje się do programu Expendable, gdzie jest poddawany przeróżnym, śmiercionośnym eksperymentom, po których dzięki zakazanej technologii jest na nowo „drukowany” wraz z wgranymi wspomnieniami.
Bong Joon-ho po swoim największym dotychczasowym sukcesie, jakim było Parasite zdecydował się na ponowną migrację na drugą stronę Pacyfiku, do Hollywood, po raz kolejny realizując projekt science fiction. Tym razem pod skrzydłem Warner Bros., które przez pewien czas zachowywało się, jakby trzymało w garści gorącego ziemniaka. Ta niepewność i wstrzemięźliwość studia mogła zapalić czerwoną lampkę wśród widzów, bo z reguły tego typu rotacje (a tych było parę!) datą premiery nie są czymś optymistycznym. Niestety ten objaw ostrożności widoczny jest w samym filmie. Mickey 17 wydaje się połączeniem poprzednich amerykańskich projektów reżysera – Snowpiercera oraz Okji. Bong nie odchodzi od swoich ulubionych tematów, takich jak nierówność klasowa czy realizm kapitalistyczny, a to wszystko opakował w groteskową rzeczywistość ekspedycji kosmicznej pod przewodnictwem techno-oligarchy demagoga – Kennetha Marshalla, będącego połączeniem nikogo innego jak Donalda Trumpa oraz Elona Muska.
Film Bonga to w zasadzie pierwsza, hollywoodzka satyra na obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, która nie bawi się w półśrodki czy niedopowiedzenia. Mark Ruffalo gra karykaturalnego przywódcę, silnie wzorując się na wystąpieniach Donalda Trumpa. Jako osoba, która miała nieprzyjemność oglądać parę z nich, muszą przyznać, że inspiracje są oczywiste. Reżyser Parasite w zasadzie skomentował rzeczywistość, która miała nigdy nie nadejść (Marshall przegrał wybory dwukrotnie), więc obecny kontekst polityczno-społeczny służy intencji filmu. Bong parodiuje duopol władzy, łączący politykę wraz z biznesem, co w zestawieniu z kolonizacją obcej planety stwarza, mogłoby się wydawać, mieszankę wybuchową. Brzmi znajomo, prawda? Ten systemowy bezsens zderza się z ekoantropologicznym zmysłem, którego jako ludzkość wyparliśmy się, a raczej brutalnie zniszczyliśmy. W pewnym momencie w filmie postać Toni Collette – żony naszego bongowskiego Trumpa – mówi mankind, aby chwilę później poprawić się na humankind. Ta drobna zmiana jednak podkreśla ciążący motyw próby zachowania człowieczeństwa w dobie późnego oraz szalonego kapitalizmu, który być może dogoni nas dopiero po śmierci.
Poznajemy świat bez perspektyw, priorytetów czy przyszłości. Najważniejszym ogniwem tego wszystkiego zdaje się Mickey, którego poświęcenia mają przysłużyć się budowie lepszego jutra. Rzeczywistość dosyć szybko weryfikuje ten cykl pogłębiającej się jednocześnie degrengolady wartości i człowieczeństwa. Śmierć wydaje się jedyną rzeczą, która w oczach innych charakteryzuje Mickeya, będącego postacią nudną oraz, podobnie jak wykreowana rzeczywistość, pozbawioną przyszłości. Bohater Pattinsona nie przechodzi tradycyjnej drogi bohatera, a nawet jego psychoanalityczne alter-ego (Mickey 18) pozostaje mało pogłębione. Aktor jednak swoją charyzmą i urokiem nadaje temu bohaterowi/om inny wymiar, jednocześnie podnosząc kwestię męskości, co na pewnym meta-poziomie łączy się z figurą odtwórcy tytułowej roli.
Mickey 17 to kolejny liberalny i etyczny traktat antykapitalistyczny, jednocześnie będący więźniem systemu, w którym się obraca. Ledwie dwa miesiące temu głośno komentowaliśmy Squid Game 2 – kontynuację południowokoreańskiego serialu, która tym razem narzuca na treść meta-płaszcz sukcesu samej produkcji, obracając się w paradygmacie samonapędzającego się i nieśmiertelnego systemu, w którym pragnienia rewolucji szybko są sprowadzane do „niewinnej zabawy”. Mickey 17 zdaje się mieć podobne intencje, a banalność fabuły i naiwność niektórych rozwiązań stawia ten pogląd w podobnym świetle. Czy jednak jest to czytelne? Śmiem wątpić, bo aby budować dodatkowe meta-znaczenia, należałoby najpierw uporządkować chaotyczną narrację, która pozostaje pozbawiona wdzięku.
Piękne i słodkie uśmiechy Roberta Pattinsona, choć z pewnością magnetyczne, nie wystarczają, aby uformować wokół nich sens narracji. Film rzuca różnymi tematami, cytatami czy nawiązaniami do polityki (czerwone czapki wyborców, łapiecie?), lecz nic nie wybija się na pierwszy plan. Zamiast tego reżyser poświęca minuty wątkowi, który w ostatecznym rozrachunku pozostaje na dalszym planie, a całości ekspozycji doskwiera voice-over Pattinsona, co momentami zakrawa na wizualizację audiobooka. Zabrzmi to pretekstowo, lecz filmowi zabrakło więcej emocji. Narracyjną apatię można przypisać i uzasadnić brzmieniem wykreowanego świata, natomiast mam wrażenie, jakby sam reżyser nie miał odpowiedniej relacji z tekstem. Może to wypadkowa postprodukcyjnych zawirowań, wewnętrznej polityki Warner Bros. albo obu rzeczy naraz, lecz to dziwne uczucie oglądać tak ciekawy świat, na papierze zgłębiający różne antykapitalistyczne sensy i poszczególne patologie dzisiejszego świata, jednocześnie będąc od niego tak emocjonalnie odizolowanym.
Mimo że wyśmiewania Donalda Trumpa czy Elona Muska nigdy za wiele, to karykaturalny Marshall w wykonaniu Ruffalo dosyć szybko zaczyna męczyć. Myśli o sobie odważniej, niż rzeczywiście jest, i niestety scenariusz nie wykorzystuje bez wątpienia tkwiącego w niej potencjału. Wiele interesujących tematów pozostaje niepogłębionych (wątek religijny czy seksualny), nie mówiąc już o disnejowskim pokazaniu relacji lesbijskiej. Pamiętajcie, aby nie mrugać, bo możecie to przegapić! To ugrzeczniony film, który chciałby więcej i proponuje coś głębszego, ale nigdy nie wchodzi na poziom wyżej. Zaskakujące, że mówimy tak w przypadku reżysera Parasite, które mistrzowsko poradziło sobie ze wzmagającym się crescendo. W pewnym sensie przypomina to jazdę samochodem po autostradzie na niskim biegu – niby bezpiecznie, ale jednak istnieje większe ryzyko wypadku.
Tutaj do wypadku ostatecznie nie dochodzi, bo Mickey 17 mimo wachlarzu problemów zapewnia całkiem satysfakcjonujący seans, stanowiąc ciekawą alternatywę dla innych filmów science fiction. Nie powiedziałbym, że to dobra rozrywka, bo jest jej tam jak na lekarstwo, ale oferuje dosyć unikalną kinową wizję oligarcho-dystopii — w innym wydaniu niż chociażby w Snowpiercerze, lecz wciąż przykuwającą uwagę. W moim przypadku takich światów i quasi-dystopijnych opowieści nigdy za mało, nawet mimo asekuracyjności czy narracyjnego bezładu, w jakim jest pozostawiona historia. Miejmy nadzieję, że Bong Joon-ho nie będzie już musiał mierzyć się z tak średnio udanymi migracjami do Stanów Zjednoczonych, bo Hollywood oraz jego system pracy ograniczają go, a to stoi w sprzeczności z jego talentem.
Mickey 17 jest już wyświetlany w kinach