Historia Tommy’ego Shelby dobiegła końca, a wraz z nią pierwszy rozdział sagi o Peaky Blinders. Czy Nieśmiertelny stanowi jej satysfakcjonujące pożegnanie?
Steven Knight od początku swojej przygody z Peaky Blinders miał nadzieję, że opowie historię, która zacznie się wraz z końcem Wielkiej Wojny, a jej finał przypadnie na II wojnę światową. Przez lata uważnie kładł fundamenty pod konflikt z nazistami, szczególnie w ostatnich sezonach wraz z pojawieniem się Oswalda Mosleya. Coraz częściej kładł nacisk na ideologiczny konflikt między komunistami a faszystami i moralny dylemat Tommy’ego, rozdartego między potrzebą czynienia dobra a swoją własną naturą. Ostatecznie showrunner dopiął swego, chociaż ze względu na pandemię, ostatni rozdział przygód rodziny Shelby został opowiedziany w filmie, a nie pełnowymiarowym sezonie.
Gdybym miał wskazać największy problem Peaky Blinders: Nieśmiertelny, to jest to brak czasu. Wątki są niezłe, tropy ciekawe, a ogólna wizja na finał jest konsekwentna z tym, co oglądaliśmy do tej pory. To nie jest doklejona na szybko opowieść, efekt nostalgii czy chciwości producentów. Nieśmiertelny jest integralną częścią całej sagi, jej niezbędnym finałem, który nareszcie domyka cały dramatyczny arc Tommy’ego. To tutaj jego historia znajduje właściwe podsumowanie, często wyrażane bardzo dosłownymi klamrami narracyjnymi. Wydawać się może nawet, że finał ostatniego sezonu serialu przez pryzmat filmu traci nieco na swojej sile czy wydaje się nieco zbędny. Ponownie, jest to raczej wrażenie wywołane tym, że wszystko w Nieśmiertelnym pędzi na łeb na szyję.
Nie mamy tym razem okazji, by spędzić trochę czasu z bohaterami. Zostajemy wrzuceni do radykalnie innego świata niż ten, który zostawiliśmy, a dwie godziny to za mało, by ponownie w niego wsiąknąć i pogodzić się ze zmianami. Momentami czułem, jakbym śledził alternatywną wersję rzeczywistości Peaky (przy czym podkreślę, że twórcy pozostają absolutnie wierni charakterom naszych ulubieńców). Knight szokuje tym, jak brutalnie, w sposób zupełnie pozbawiony sentymentów, podchodzi do dobrze nam znanych bohaterów. Przez 6 sezonów serialu widzowie często wytykali mu przesadną delikatność i brak odwagi w uśmiercaniu postaci, co szczególnie dawało o sobie znać przy cudownych ocaleniach Arthura Shelby. Scenarzysta tym razem jest nieubłagany.
Trup ściele się gęsto. Wiele postaci wcale nie powraca. Zdarza się, że Knight decyduje się na odsunięcie niektórych bohaterów ze względu na wygodę czy brak pomysłu. O innych nigdy nawet nie wspomina. Niedorzecznie leniwie potraktowany jest wątek Charliego, który przez cały serial motywował wiele decyzji Tommy’ego, a który w filmie zostaje odsunięty na najdalszy możliwy plan. Inne decyzje są całkiem ciekawe. Na przykład wątek Arthura. Nie mam żadnych wątpliwości, że jego rola została w dużej mierze podyktowana problemami aktora w życiu prywatnym (niechęć do recastów jest o tyle absurdalna, że ponownie obsadzony zostaje Duke). Emocjonalnie nie do końca wszystko tutaj zadziałało. Mam wrażenie, że dystans, jaki między bohaterami a widzem wytworzyła rekonstrukcja statusu quo, sprawił, że pewne wydarzenia oglądamy jakby zza zasłony. Stajemy się bardziej zdystansowanym obserwatorem niż czynnym uczestnikiem. Dlatego rozwiązanie wątku Arthura ma sens, może się podobać, ale pozostawiło mnie obojętnym.
Swoją rolą odgrywają Ada, Johnny Dog czy Charlie (o Finnie czy Lizzie zapomnijcie). Z drugoplanowych liczy się jednak właściwie tylko Duke. To on teraz przewodzi tytułowemu gangowi, to jego decyzje sprawiają, że Tommy powraca z wygnania (na które sam siebie skazał). Nieśmiertelny jest częściowo historią o ocaleniu człowieczeństwa Duke’a.
Głównie dlatego, że młodzieniec już w serialu był dodatkiem raczej naciąganym i wymuszonym, a film też za dużo nam o nim nie mówi. Barry Keoghan, nawet jeśli porządny, również nie dostaje okazji do wykazania się swoimi atutami (na plus brak szarż, to dość spokojny jak na Keoghana występ). Skłamałbym twierdząc, że relacja między synem a ojcem jakkolwiek mnie zainteresowała czy zaangażowała. To też nie tak, że została fatalnie napisana. Po prostu brakuje jej czasu, a Knight jest scenarzystą fantastycznym na maratonach – na krótkich dystansach jest przeciętny. A taki film wymaga, by pisarz był w stanie w błyskawicznym tempie sprzedać jak najwięcej w możliwie najbardziej przekonujący sposób. Tutaj zdecydowanie powinien pracować drugi scenarzysta.

Nieśmiertelny nie jest jednak opowieścią o rodzinie Peaky, a historia Duke’a jest tu jedynie dodatkiem. Od początku do końca Knight i Harper nie ukrywają, że interesuje ich przede wszystkim Tommy. To podsumowanie jego drogi, film o odkupieniu i ostatecznym rozliczeniu. Shelby mierzy się z duchami przeszłości i swoim dziedzictwem. Również tym związanym z romskim pochodzeniem. W końcu na pierwszy plan wychodzi mistycyzm i „cygańskie” czary, obecne w tej historii od zawsze, ale rzadko w tak dosłowny sposób. Ponownie, szkoda, że dostaliśmy film zamiast całego sezonu.
Knight zapewnił Tommy’emu definitywne zakończenie, co dla wielu widzów będzie satysfakcjonujące. Osobiście nie jestem fanem wszystkich przyjętych rozwiązań, dostrzegam natomiast ich logikę. Peaky Blinders jest tym rodzajem opowieści, która jeśli nie zostanie urwana w pewnym momencie, zostawiając odbiorcę z ambiwalentnym finałem, to będzie musiała być doprowadzona do punktu, w którym dla większości bohaterów tylko jedno rozwiązanie jest możliwe. To historia o gangsterach, świecie zniszczonym przez przemoc, toksyczną męskość, niewyleczone traumy, duchy przeszłości i chorobliwą ambicję. Knight o tym pamięta, nie odmienia cudownie życia bohaterów, nie czyni z nich świętych. Jednocześnie mam wrażenie, że sam finał, sceny pomiędzy Murphym a Keoghanem, są napisane bardzo niezręcznie, bez polotu. Brakuje tutaj puenty, a wnioski, do których Knight zmierzał, ostatecznie nie do końca wybrzmiały. Zakończenie broni się głównie tym, że Tommy jest zwyczajnie fenomenalnie napisaną, prowadzoną i graną postacią, więc nawet niezbyt sprawne zakończenie nie jest w stanie tego zepsuć.
Jest, jak zawsze w tej roli, fantastyczny. I nigdy nie wyglądał lepiej na ekranie! Cały film prezentuje się zresztą fantastycznie. To naprawdę kinowa jakość. Jednocześnie nie jest tak efekciarski, jak serial w ostatnich sezonach. Nieśmiertelny to obraz formalnie dostojniejszy, bardziej elegancki i wystudiowany. Tom Harper, który przed dziesięcioma laty zdefiniował język całej sagi, powraca i wnosi ze sobą dekady doświadczenia i dojrzałości, koncentrując się bardziej na bohaterach niż fajerwerkach i spektakularnej inscenizacji. Jak zawsze nie zawodzi muzyka. Kilka wizualnych nawiązań do pierwszego sezonu również zaskakuje, to przykład przyjemnego, nieinwazyjnego fanserwisu. Ujęły mnie też sceny w porzuconej posiadłości Tommy’ego, a i sekwencje akcji dają radę, chociaż, tak jak w serialu, są raczej dodatkiem i urozmaiceniem, nie daniem głównym. Duże wrażenie robią natomiast ujęcia na bombardowane Birmingham (dodam, że cały wątek miasta, zmagającego się z nalotami i oczekującego na powrót zbawiciela, Tommy’ego, jest naprawdę dobry).
Tim Roth jest przeciętny: to zdecydowanie najgorszy antagonista w historii Peaky Blinders. Głównie dlatego, że stanowi zapychacz, jest bardziej katalizatorem wydarzeń niż pełnoprawnym bohaterem. Trochę żałuję, że jest tak mało ideologicznego sporu w głównym konflikcie, a Tommy walczy z nazistami głównie z pobudek osobistych, co rozczarowuje szczególnie wtedy, jeśli weźmiemy pod uwagę, ile czasu polityce poświęcono w samym serialu. Z drugiej strony, ponownie, nie ma tutaj na te rzeczy czasu.
Rebecca Ferguson jest za to dobra i wnosi do historii niepokój i niejednoznaczność, ponownie udowadniając, że role czarownic mogą być jej pisane. A jej chemia z Murphym to zdecydowanie najlepszy element filmu. Pod koniec co prawda Knight niebezpiecznie zbliża się do jednej wolty za dużo i ryzykuje zepsucie pozytywnego efektu, ale ostatecznie udaje mu się tego uniknąć.
Peaky Blinders: Nieśmiertelny to sprawny, elegancki finał i zarazem zmarnowana historia na coś, co mogłoby być najlepszym sezonem w historii serialu. Jednocześnie nie czuję palącej potrzeby powrotu do tego świata. Film spełnia się jako zamknięcie, zupełnie nie działa jako otwarcie: nie oczekujcie tego po nim. Nadchodzący serial, opowiadający o kolejnym pokoleniu tytułowego gangu, będzie musiał od początku stać na własnych nogach, szukać swojego języka i własnych rozwiązań, nie opierając się na dziedzictwie i sile poprzednika. I dobrze. Chociaż sam nie jestem nim szczególnie zainteresowany, to takich kontynuacji wielkich marek potrzebujemy. A póki co zostajemy z dobrym pożegnaniem bohaterów, którzy fascynowali widzów przez ponad dekadę.
Peaky Blinders: Nieśmiertelny zadebiutuje na platformie Netflix 20 marca 2026 roku. Film znalazł się na naszej liście najbardziej oczekiwanych premier tego roku.