Bohater nikogo – recenzja filmu „Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat”

Filip Mańka13 lutego 2025 19:26
Bohater nikogo – recenzja filmu „Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat”

Już w piątek do kin wejdzie film Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat. Czwarta odsłona serii, gdzie tarczę po Stevie Rogersie przejął Sam Wilson, który musi zmierzyć się z Thunderboltem Rossem jako nowym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Czy projekt, który przeżył prawdziwe produkcyjne turbulencje, ma w sobie coś wartego zapamiętania? Cóż, to na pewno nie jest ani nowy, ani wspaniały świat, jak Marvel reklamuje ten tytuł widzom.

Jeszcze cztery lata temu po premierze Falcon i Zimowy Żołnierz mogłoby się wydawać, że nadchodzi nowa, świetlana era w MCU. Bowiem Sam Wilson oficjalnie został nowym Kapitanem Ameryką. Przejął przydomek po Stevie Rogersie i w domyśle miał stać się twarzą nowej ery świata superbohaterów po wydarzeniach z Avengers: Koniec gry. Serial, mimo wielu problemów, przedstawił naprawdę satysfakcjonującą drogę Sama ku nowemu powołaniu, w uroczy sposób zarysował jego dalszą relację z Buckym oraz w ciekawy sposób wprowadził interesujące wątki poboczne. Mam na myśli m.in. postać U.S. Agenta czy wątek Isaiaha Bradleya – wówczas zapomnianego przez historię, pierwszego czarnoskórego superżołnierza.

Mamy 2025 rok i wiele się wydarzyło przez te cztery lata. Co prawda nie zniknęła połowa ludzkości, ale na pewno mogła zniknąć połowa fanów Marvel Cinematic Universe. Tyrada o stanie największego filmowego uniwersum w historii nieustannie rozgrzewa dyskurs fanowski. Mimo przypadku, jakim był sukces kasowy Deadpool i Wolverine, dzisiaj nikt nie ma wątpliwości, że świat Marvela znajduje się na styku wielkich zmian. W tej szczelinie utknął najnowszy film Marvel Studios, Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat, który z jednej strony jest niczym symbol z zakurzonej już ery MCU, a z drugiej nosi w sobie wszelkie problemy, które od lat doskwierają tej serii.

Nie było w ostatnim czasie w Marvelu projektu, który przeżyłby takie produkcyjne tsunami, co ten film. Scenariusz był wielokrotnie przepisywany w trakcie zdjęć, aktorzy nieustannie wracali na dodatkowe dokrętki, a nieoficjalny budżet filmu pewnie wykroczył poza pół miliarda dolarów. Ten film stał się gorącym ziemniakiem w studiu, co widać po wersji końcowej. Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat to projekt nijaki, nudny i brzydki. Kwintesencja najgorszych projektów Marvela, a całość zdaje się trzymać ze sobą na ostatnich nitkach. W zasadzie można byłoby usunąć główny człon tytułu, ponieważ w historii o Kapitanie Ameryce mało jest… Kapitana Ameryki.

Sam Wilson jako Kapitan Ameryka fot. Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat, reż. Julius Onah, 2024, dys. Disney Polska
fot. Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat, reż. Julius Onah, 2024, dys. Disney Polska

Gwoli ścisłości dodam, że tak, Sama Wilsona jest dużo w filmie. Bez dwóch zdań jest główną postacią filmu, ale… czy na pewno? Oglądając film, bardzo doskwiera fakt, że twórcy nie mieli pomysłu na to, jak napisać Kapitana Amerykę. Sam znajduje się w centrum akcji, ale nie posiada żadnych głębokich motywacji, aby w niej uczestniczyć. Film nie wprowadza go na żadną ciekawą ścieżkę rozwoju, nie posuwa tego bohatera naprzód. Twórcy musieli posłużyć się wspomnianym Bradleyem, który miał wspaniałe zamknięcie swojego wątku w serialu. W filmie jego postać to jedynie fabularne narzędzie, aby pchnąć Sama do akcji, ale szybko schodzi to na dalszy plan. Motywacje Sama tracą znaczenie, bo jego postać – postać Kapitana Ameryki, nie jest postawiona w żadnym konfliktowym położeniu.

Istotą Kapitana Ameryki, będącego uosobieniem wartości państwa, jest wyjście naprzeciw (często) zepsutego oraz zardzewiałego systemu. To symbol nadziei czy inspiracji, jak zostaje określony Sam w filmie. Czwarty Kapitan Ameryka nie rozumie idei stojącej za tą postacią, potrafiąc jedynie wydusić z siebie tezy, które już padły w serialu. Nie muszę po raz kolejny oglądać wątpliwości Sama wobec tego, czy zasługuje na tarczę, czy nie – pokażcie mi jego rozwój w nowym świetle, postawcie wyraźny krok naprzód, szczególnie że ma on być nowym liderem Avengers. Sam nie ma żadnych poglądów w filmie, jest całkowicie zdystansowany od polityki i mimo prób nakreślenia konfliktu między nim a Rossem, ten wątek pozostaje nieczytelny oraz mało pogłębiony. Twórcy nawet nie próbują ustawić Kapitana w konfliktowym położeniu, sięgając trzonu tejże postaci oraz wyznawanych wartości. Sam pozostaje figurką i nawet uroczy uśmiech Mackiego nie rozświetla nam, dlaczego mamy uwierzyć w niego jako nowego Kapitana Amerykę. To cofnięcie bohatera w rozwoju, bo mam wrażenie, że już serial zdecydowanie bardziej spełnił rolę jako czwarty Kapitan Ameryka, niż omawiany film. Objawia się tu jeszcze słabość Disneya do podejmowania jakichkolwiek stanowisk politycznych, co wypacza sens tworzeniu historii z tym bohaterem.

Sam Wilson oraz Thunderbolt Ross fot. Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat, reż. Julius Onah, 2024, dys. Disney Polska
fot. Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat, reż. Julius Onah, 2024, dys. Disney Polska

W zagranicznej prasie można przeczytać, że jest to „hołd” dla filmu Niesamowity Hulk. Myślałem, że te opinie są przejaskrawione, lecz rzeczywiście, w trakcie seansu czułem się momentami, jakbym bardziej oglądał nieformalny sequel do filmu z 2008 roku niż czwartego Kapitana Amerykę. W historii pojawia się dużo wątków z tego zakurzonego filmu Marvela. Mamy rzecz jasna Thunderbolta Rossa, w którego wciela się Harrison Ford, przy którym wielokrotnie twórcy muszą nam zakomunikować, że „coś inaczej wygląda niż ostatnio”. Harrison wydaje się zagubiony na planie, choć muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem, jak dużą rolę odgrywa w filmie. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że pod kątem czasu na ekranie nie odstaje jakoś bardzo od Sama. Jego wątek jest w zasadzie jedynym, który można nazwać takim słowem. Rzeczywiście kryje się za tym jakaś intryga, Ross ma swój własny cel w tej historii oraz motywacje. Nie jestem fanem tego wątku, który łączy się z Liderem, bo jest to strasznie płytkie oraz naciągane. Mimo tego na tle dramaturgicznym Ross pełni w filmie większą rolę niż Sam. Momentami miałem wrażenie, jakby Disney chciał pokusić się o analogię do Trumpa, lecz studio ustami swojego tytułowego bohatera zwyczajnie boi się drążyć jakkolwiek temat polityki wewnętrznej w USA, co sprawia, że ten film komentuje obcą dla nas rzeczywistość.

Fabuła filmu pozostaje skrajnie pretekstowa i generyczna. Pojawiają się wątki jak z najgorszych thrillerów politycznych i motywy, które raczej są dzisiaj obmyślane, w jaki sposób raczej nie pisać takich historii. Wynik intensywnych dokrętek odznacza się na narracji filmu. Być może skręcenie w tę pretekstowość stworzyło twórcom szansę, aby film był jakkolwiek czytelny? Tematycznie to cofnięcie MCU właśnie do jego początków, bo zresztą cały film jest wyrwany niczym z ery Busha pod kątem akcji, uwypuklenia militaryzacji czy fabuły, która czerpie sporo z superprodukcji puszczanych w sobotnią noc na Pulsie. Konflikt geopolityczny to zmarnowany potencjał i rzecz jasna nie oczekuję od Disneya przejrzystości politycznej, ale spór o adamantium i Tiamuta jest na papierze ciekawym wątkiem. W filmie sprowadza się to do krótkiego oraz grubymi nićmi szytego konfliktu między USA a Japonią i w zasadzie tyle. Film w nawiasie dopisuje, że odegra to ważną rolę w przyszłości, ale chciałbym, aby to było rzeczywiście ważną częścią historii niż przelotem opowiedziane.

Red Hulk w ogniu fot. Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat, reż. Julius Onah, 2024, dys. Disney Polska
fot. Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat, reż. Julius Onah, 2024, dys. Disney Polska

Z zamrażarki Marvel wyciągnął Lidera granego przez Tima Blake’a Nelsona. Nie pamiętam postaci w filmach MCU bardziej przerysowanej od niego. Nie ma w tym nic złego, bo komiksowy Lider ze swoim wyglądem siłą rzeczy zakrawa na kicz. Problem jest taki, że sam film nie potrafi przyjąć odpowiedniej optyki na to, w jaki sposób chce opowiedzieć historię. Czy zrobić kino gatunkowe z początku lat 2000., zimnowojenny espionage bliższy filmom braci Russo czy może jednak kino akcji spod znaku MCU. Ponownie – efekt licznych dokrętek i brak konkretnej wizji. Na tym tle Lider wypada śmiesznie i groteskowo, bo staje się motorem napędowym globalnego kryzysu, lecz film kiepsko to nakreśla. „Nie wolno zapomnieć” o postaci Giancarlo Esposito w roli Setha Voelkera – szefa Serpent Society. Rola Esposito to kolejne dziecko dokrętek. Jego postać jest ewidentnie na doczepkę, nie pełni żadnej ważnej roli i historia wręcz zyskałaby na jej braku. Esposito to nic innego jak pusty wytrych marketingowy, aż szkoda, że w ręce tak zdolnego aktora wpadła tak nudna postać. Fani od lat czekali na jego udział w MCU i bez dwóch zdań można ten występ zaliczyć jako rozczarowanie.

Film w gruncie rzeczy jest jedną, wielką podbudową pod wybuchowy trzeci akt z udziałem Red Hulka i Sama Wilsona. Poziom wizualny filmu można było już wywnioskować po zwiastunach, lecz sam seans utwierdził mnie w przekonaniu, że to jeden z najgorzej wyglądających filmów Marvela. Nie chodzi tylko o przedpotopowe CGI, ale o te najważniejsze kwestie z obrazem, jak kompozycja, która momentami bywa dziwna i krzywa. Sceny akcji są kiepsko zmontowane, szczególnie sekwencja otwierająca, która dzierży w sobie wszystkie bolączki wizualne filmu. Muszę jednak wyróżnić sekwencje z lataniem. Pokazana na zwiastunach akcja z Tiamutem jest najlepszą rzeczą w filmie, w której rzeczywiście tkwi jakaś stawka, napięcie, a twórcy w jej ramach w ciekawy sposób zobrazowali latanie. Zachowano monumentalny status Tiamuta i w IMAX-ie niektóre momenty na jego tle robią wrażenia, nawet jeśli efekty specjalne ewidentnie nie są dopracowane. Odradzałbym seans w IMAX, który ponownie jest wykorzystany bez pomyślunku, co odznacza się na kompozycji obrazu, ale ta sekwencja ma chwilami naprawdę przysłowiowego powera.

Mimo bolączki i marazmu, jaki ten seans mi sprawił, to na koniec chciałbym zostawić przynajmniej jeden pozytywny akcent. Mam nadzieję, że to ostatni akt starego-nowego MCU. Przynajmniej chciałbym w to wierzyć. Przed seansem w IMAX ponownie widziałem zwiastuny Thunderbolts* i Fantastycznej Czwórki, które jawią się jako promyk nadziei na ten rok. Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat to symbol ery superhero, który już przeminął. To porażka Marvela na całej linii i projekt, w który twórcy przestali wierzyć dawno temu. Jeśli nawet sami producenci, scenarzyści czy reżyser nie wierzyli w powodzenie tego projektu, to jak dla nas Sam ma stać się inspiracją i stanąć w szeregu obok Steve’a Rogersa, a nie stać wiecznie w jego cieniu? Czwarty Kapitan Ameryka pozostawi spory niesmak na serii z Kapitanem Ameryką, a tym bardziej serialu, który nadal jawi się jako lepsza alternatywa spędzenia wolnego czasu niż ten film.

Film debiutuje w polskich kinach 14 lutego.

Jeśli podoba się Wam nasza praca oraz działalność i chcecie nas wesprzeć, możecie nam postawić wirtualną kawę. To nam bardzo pomoże w rozwoju!Postaw mi kawę na buycoffee.to