„Wichrowe wzgórza”. Recenzja filmu – Śmierć autorki

Stanisław Sobczyk16 lutego 2026 15:00
„Wichrowe wzgórza”. Recenzja filmu – Śmierć autorki

Po Saltburn Emerald Fennell nakręciła swoją wersję Wichrowych wzgórz. Jak wypada adaptacja książki, od dawna budząca ogromne kontrowersje?

Trudno wymarzyć sobie lepszy początek reżyserskiej kariery niż ten, który kilka lat temu przydarzył się Emerald Fennell. Kobieta, kojarzona wcześniej jedynie z drugo- i trzecioplanowych występów w pojedynczych filmach, nagle znalazła się na ustach całego filmowego półświatka, kiedy jej debiut, Obiecująca. Młoda Kobieta., odniósł sukces najpierw na festiwalu w Sundance, a potem zgarnął pięć nominacji do Oscara i statuetkę za najlepszy scenariusz oryginalny. Fennell zaliczyła wielkie wejście do Hollywood. Z miejsca stała się jedną z najbardziej obiecujących reżyserek, a jej debiut spotkał się z jednoznacznie pozytywnym odbiorem. 

Nieco inaczej sprawa miała się z drugim projektem Fennell, Saltburn. Film cieszył się ogromną popularnością, ale opinie na jego temat były podzielone. Z jednej strony pochwały i szerokie grono fanów, z drugiej narzekanie na płytką krytykę arystokracji czy seksualne ekscesy. Saltburn, choć pod kątem nagród czy odbioru nie powtórzyło sukcesu Obiecującej. Młodej. Kobiety., wzbudziło ogromne zainteresowanie i tylko umocniło pozycję Fennell jako jednej z czołowych autorek we współczesnym Hollywood. Wtedy też dowiedzieliśmy się, jaki będzie kolejny film reżyserki. I to zmieniło wszystko.

Jakiś czas po premierze Saltburn okazało się, że Fennell zaczęła prace nad kolejnym projektem, nową adaptacją Wichrowych wzgórz, czyli klasycznej, gotyckiej powieści Emily Brontë z 1847 roku. W role główne wcielić się mieli Margot Robbie i Jacob Elordi, a premierę wyznaczono na Walentynki 2026 roku. Kontrowersje towarzyszyły Wichrowym wzgórzom w zasadzie od pierwszych zapowiedzi. Krytykowano casting Elordiego (odgrywany przez niego Heathcliff był bowiem w książce porównywany z wyglądu do Roma), skręt w kierunku wątku miłosnego czy nawet datę premiery, gdyż według ludzi sugerowała ona, że oryginalna powieść jest romansem. 

Oburzenia przybywało z każdą kolejną zapowiedzią: od pierwszych zdjęć, które nie pokazywały w zasadzie nic, przez zwiastuny i hasła promocyjne, aż do wywiadów z aktorami. Twitter żył Wichrowymi wzgórzami Fennell już od kilku miesięcy. Każda wypowiedź reżyserki, każda zmiana względem literackiego oryginału spotykała się z szeregiem oburzonych głosów. W pewnym momencie powieść Emily Brontë wydawała się świętą księgą, a to, że Fennell wprowadzała do niej elementy seksualności czy rozwijała romans między głównymi bohaterami, było przez ludzi piętnowane i traktowane jak profanacja. Po miesiącach kampanii i internetowych kłótni film trafił wreszcie na ekrany kin. I, dokładnie tak jak można się było spodziewać, opinie mieszają nowe Wichrowe wzgórza z błotem. Oczywiście zdarzają się pozytywne recenzje krytyków, ale większość dyskursu wokół filmu sprowadza się do ostrej krytyki i mnóstwa komentarzy na temat tego, jak Fennell podeszła do oryginału. W tym całym szaleństwie pozostaje tylko jedno pytanie. Czy Wichrowe wzgórza rzeczywiście są tak złe?

Akcja filmu rozgrywa się w XVIII-wiecznej Anglii. Catherine Earnshaw to młoda dama pochodząca z klasy wyższej. Jej dzieciństwo zaburza pojawienie się Heathcliffa, biednego chłopca przygarniętego z ulicy przez ojca Cathy. Początkowo dzieci dogadują się dobrze, problemy pojawiają się jednak kilka lat później, kiedy dorastają, a między nimi zaczyna kiełkować uczucie.

Margot Robbie i Jacob Elordi w filmie Wichrowe wzgórza, reż. Emerald Funnell, dystrybucja Warner Bros.
fot. Wichrowe wzgórza, reż. Emerald Fennell, dys. Warner Bros Polska

Filmy nie istnieją w próżni i choć w idealnym scenariuszu recenzja nowych Wichrowych wzgórz powinna w całości skupiać się na samej jakości filmu, w obecnej rzeczywistości nie jest to możliwe. Dyskurs wokół obrazu Fennell już od dawna jest zepsuty i do tego aspektu także należy się odnieść, bo w pewnym momencie stał się nieodłączną częścią nowych Wichrowych wzgórz. Trudno znaleźć negatywną recenzję czy wpis na temat filmu, które nie odnosiłyby się do tego, że reżyserka, podejmując zmiany względem oryginału, popełniła grzech śmiertelny. Widoczne są komentarze o tym, że Emily Brontë przewraca się w grobie, że produkcja jest profanacją i adaptacją „ofensywną”.

Należy zacząć od tego, że prawdą jest to, że Fennell w dużym stopniu zmienia oryginał Brontë. Reżyserka całkowicie wycina drugą połowę książki (co zresztą robiło już wielu adaptatorów przed nią, między innymi Andrea Arnold w swoim filmie z 2011 roku), portretuje relację Catherine i Heathcliffa w dużo bardziej romantycznym, seksualnym tonie i znacząco zmienia wiele z postaci pobocznych, takich jak Nelly, Isabella czy Joseph, pojedynczych wręcz się pozbywając.

To wszystko prawda, jednak stwierdzenia, że nowe Wichrowe wzgórza z oryginałem dzielą jedynie tytuł, to wierutna bzdura. Film trzyma się struktury książki, bierze z niej niejednoznaczną relację między głównymi bohaterami, zachowuje wiele z punktów fabuły. Wichrowe wzgórza w oczywisty sposób są adaptacją – luźną, stylistycznie czy fabularnie często odchodzącą od powieści, ale wciąż adaptacją. I tutaj dochodzimy do kluczowego pytania, czemu odejście od materiału źródłowego miałoby być czymkolwiek złym?

Wszystko zależy od tego, jak traktujemy adaptację.

Jeśli wymagamy od niej wierności oryginałowi, utrzymania jego ducha czy elementów fabuły, to skazani jesteśmy na wyjątkowo kiepskie produkcje. Jak adaptacja, która nie próbuje robić nic nowego, nie chce wejść w dialog z materiałem źródłowym, a jedynie bezmyślnie go kopiuje, może być jakkolwiek ciekawa? Czemu mielibyśmy oczekiwać takiego podejścia od Fennell? Po co miałaby ona ukrywać swoje zainteresowania i styl, które niekoniecznie zgadzają się z duchem książki? Wichrowe wzgórza są jej filmem, zupełnie nowym dziełem, które z książki ma brać tylko punkt wyjścia, tematykę, zarys fabuły i może z tym wszystkim zrobić co tylko się reżyserce podoba. Takie podejście w adaptacji nigdy nie może być ofensywne, bo kogo niby miałoby obrazić? Istnienie filmu nie wymazuje książki, Wichrowe wzgórza nadal istnieją. I w formie oryginalnej powieści, i kilkunastu różnych wersji filmowych czy serialowych, które przez lata przyjmowały na tę historię kompletnie różne, autorskie perspektywy. Normalna krytyka filmu Fennell jest oczywiście uzasadniona, natomiast wypominanie reżyserce, że odchodzi od materiału źródłowego czy jest wobec niego „ofensywna”, to głupota i ograniczanie całej sztuki adaptacji do czołobitnego oddawania hołdu klasycznej literaturze.

Margot Robbie w filmie Wichrowe wzgórza, reż. Emerald Funnell, dystrybucja Warner Bros.
fot. Wichrowe wzgórza, reż. Emerald Fennell, dys. Warner Bros Polska

Chyba najgłupsza w tym całym dyskursie jest wybiórczość. 

Wichrowe wzgórza Fennell są mieszane z błotem przez samozwańczych brontystów od miesięcy, tymczasem kiedy Guillermo del Toro w swoim Frankensteinie zmienił względem książki Mary Shelley, innego arcydzieła XIX-wiecznej literatury, wszystko: od fabuły, przez charaktery postaci, aż do wydźwięku historii, nikt nie miał z tym problemu. Meksykański reżyser jest traktowany jako wielki autor i chwalony za to, że nadał klasycznej opowieści własną perspektywę. W jego przypadku nikt nie narzeka na zmiany, a ludzie wręcz proszą, żeby zekranizował kolejne z arcydzieł literackiego kanonu. Tymczasem Fennell, która – abstrahując od poziomu obydwu filmów – podjęła się adaptacji z tym samym podejściem, jest traktowana jako profanatorka i atakowana od kilku miesięcy za zbezczeszczenie powieści Brontë.

Kluczowe w całej dyskusji o adaptacji wydaje się to, że wszystkie zmiany, jakie Fennell wprowadza do Wichrowych wzgórz, są całkowicie logiczne przy podejściu reżyserki. Druga połowa książki nie jest potrzebna w filmie, który skupia się na historii Catherine i Heathcliffa, wzmożenie erotyki ma sens ze względu na zainteresowania reżyserki i jej sposób przedstawienia relacji bohaterów, a brat Catherine, Hindley, nie jest w fabule potrzebny, bo rolę, jaką pełnił w książce, zastępuje tu ojciec Cathy, stary Earnshaw. 

Jednak nawet odchodząc od tego aspektu, gdyby zmiany, jakie Fennell wprowadza do powieści, były irracjonalnymi fanaberiami i odejściem od materiału źródłowego dla samego odejścia, nie można by było mówić o tym, że to adaptacja ofensywna. Należałoby ją wówczas nazwać nieporadną, dziwną, nietrafioną, ale na pewno nie taką, która wyrządza powieści Brontë jakąkolwiek krzywdę. Adaptator ma prawo zrobić z oryginałem co tylko mu się podoba, bo na tym polega sztuka. Szczególnie w czasach, w których kultura bez przerwy przetwarza stare historie i motywy, próbuje opowiadać je w nowych kontekstach czy wchodzić z nimi w polemikę.

Temat adaptacji zdominował dyskusję o nowych Wichrowych wzgórzach, a nie ma to żadnego sensu, kiedy film Fennell twardo stoi na własnych nogach.

To rozwinięcie klasycznej historii skupione na wątku toksycznej miłości Catherine i Heathcliffa. Właśnie tę relację reżyserka uczyniła osią swojego filmu. Jej Wichrowe wzgórza to opowieść o uczuciu niebezpiecznym, przełamującym klasowe konwenanse i spajającym dwa silne, destrukcyjne charaktery. Motyw, który funkcjonował już w powieści, ale był raczej niedopowiedziany i tajemniczy, więc reżyserka wyciągnęła go na pierwszy plan.

Margot Robbie i Jacob Elordi w filmie Wichrowe wzgórza, reż. Emerald Funnell, dystrybucja Warner Bros.
fot. Wichrowe wzgórza, reż. Emerald Fennell, dys. Warner Bros Polska

Fennell portretuje zmienne zależności w relacji swoich bohaterów. Catherine to w jej interpretacji zagubiona dusza, kobieta rozdarta między potrzebą stanowienia części arystokracji a pragnieniem prostej, w pewien sposób zwierzęcej miłości. Postać rozdarta między kilkoma drogami, co dobrze ilustruje scena, w której Cathy zapisuje swoje imię z trzema różnymi nazwiskami. Chcąca funkcjonować w każdym ze światów, z obydwoma mężczyznami, lecz przy tym niezdolna do jakiegokolwiek wyboru. I może właśnie to jej niezdecydowanie, zmienność najlepiej uzasadniają ostateczną tragedię.

Intrygujący jest również sam Heathcliff, dużo bardziej niejednoznaczny i budzący współczucie niż w powieści. Lubię, jak w obiektywie Fennell bohater nabywa pewnej głębi, a jego zachowanie krąży między dwoma biegunami. Z jednej strony stanowczy, twardy, w wielu aspektach uosabiający silną, toksyczną męskość, z drugiej kompletnie uległy wobec Catherine, cały swój byt poświęcający zabieganiu o jej uwagę. Heathcliff Elordiego bywa żałosny, desperacki i chyba właśnie za to najbardziej go cenię. Cała jego rozgrywka i zemsta za porzucenie to jedynie fasada. Ten uległy aspekt funkcjonowania bohatera świetnie łączy się z dwoma ważnymi wątkami Wichrowych wzgórz – klasowością i seksualnością. Heathcliff wie, że pomimo nabytego majątku czy siły, wywodzi się z biedoty i zawsze będzie dla Catherine tylko zwierzątkiem i nigdy nie będzie mógł przezwyciężyć uległej postawy.

Chociaż bohaterowie na papierze są ciekawi, romans między nimi jest jednym ze słabszych elementów filmu.

Fennell rozrysowuje interesujące zależności między Catherine i Heathcliffem, uzupełnia relację z książki nowymi kontekstami. Natomiast same sceny miłosne są wyjątkowo nijakie i sztampowe. Kłótnie Catherine i Heathcliffa ogląda się świetnie, są namiętne, wybuchowe i rzeczywiście interesujące. Natomiast kiedy chodzi o portretowanie tych romantycznych momentów, Fennell ogranicza się do sprawdzonych, nudnych metod. Seks jest nakręcony nieciekawie, wyznania uczuć nas nie obchodzą, a zakończenie wypada kiczowato. Relacja bohaterów to sinusoida, cienka więź przerywana wybuchami. I o ile ów wybuchy są fascynujące, cała reszta nudzi.

Wichrowe wzgórza to również historia o klasowości. W końcu miłość łącząca Catherine i Heathcliffa jest tak toksyczna również ze względu na to, że bohaterowie nigdy nie będą sobie równi. W filmie Fennell widzimy pewien schyłek arystokracji. Ojciec Catherine roztrwania majątek na ciągłe zabawy, z czasem ze szlachcica staje się metanolowym zombie, żywym tylko na pozór. Podobnie Nelly, całe życie traktowana jako gorsza, bo płynie w niej tylko połowa błękitnej krwi. Innym, chyba najwyrazistszym przykładem klasowych paradoksów jest Isabella, wywodząca się z dobrego domu, ale wewnętrznie pragnąca deprawacji i upokorzenia.

Margot Robbie i Jacob Elordi w filmie Wichrowe wzgórza, reż. Emerald Funnell, dystrybucja Warner Bros.
fot. Wichrowe wzgórza, reż. Emerald Fennell, dys. Warner Bros Polska

Arystokracja widziana oczami Fennell jest groteskowa.

Dom Lintonów to setki wstążek, pastelowe kolory i ściany imitującą skórę. Wszystko to stoi w kontraście do tego, co reprezentuje Heathcliff – człowiek prosty i surowy w usposobieniu. Klasa wyższa ma być dziwna, podobnie jak w Saltburn nie mamy współczuć jej przedstawicielom. Sami są winni swojemu upadkowi, kreują swoich wrogów i, jak pokazuje wątek Isabelli, na swój sposób pragną upokorzenia.

Intrygującym, aczkolwiek mniej rozwiniętym aspektem Wichrowych wzgórz jest erotyka. Reżyserka uzupełnia historię Catherine i jej nieszczęśliwego małżeństwa o temat seksualności. Historia o bohaterce z epoki, która szuka zaspokojenia w czasach, w których nikt nie myśli o przyjemności kobiet to nic nowego i wydaje się, że wiele twórców poruszyło już ten temat znacznie ciekawiej niż Fennell. Nie pomaga też to, że kiedy w filmie już pojawiają się sceny seksu między Catherine a Heathcliffem, to są wyjątkowo zachowawcze i bezpiecznie wpisują się w hollywoodzkie kanony.

Natomiast zdarza się też, że Fennell ma na erotykę w swoim filmie jakiś świeży pomysł. Najlepiej unaocznia to postać Isabelli. Z wierzchu grzeczna, irytująca dziewczynka, we wnętrzu kobieta pragnąca seksualnych doznań, zainteresowana dominacją, uległością i BDSM. Ta odbiegająca od normy seksualność ciekawie koresponduje również ze szlacheckim pochodzeniem bohaterki. To wyjątkowo znamienne, że postać żyjąca w ładnej, bajkowej przestrzeni arystokratycznego pałacyku, chce być upokarzana i traktowana jak zwierzę.

W całej dyskusji o nowych Wichrowych wzgórzach widowni zdaje się umykać jeszcze jeden istotny szczegół.

Film Fennell jest bardzo celowo zabawny i przeszarżowany. Oczywiście znajdziemy tu wiele poważnych elementów, takich jak główny romans, ale są one najgorszą częścią produkcji. Wypadają nijako, a im bliżej finału i im więcej ich jest, tym film jest nudniejszy. Natomiast luźniejsze elementy Wichrowych wzgórz sprawdzają się świetnie. Już samo otwarcie filmu jest przecież błyskotliwym dowcipem z seksu. Podobnie później, Fennell obśmiewa romantyczne konwencje, cały jej portret arystokracji jest przerysowany i komediowy. Mam wrażenie, że wielu widzów strasznie skupia się na odstępstwach od oryginału, pisze o ofensywnym potraktowaniu pierwowzoru, a zapomina jak celowo kiczowata jest konwencja obrana przez Fennell. A w takiej formule elementy pokroju zmiany charakteru Isabelli mają całkowity sens i współgrają z resztą filmu.

Margot Robbie w filmie Wichrowe wzgórza, reż. Emerald Funnell, dystrybucja Warner Bros.
fot. Wichrowe wzgórza, reż. Emerald Fennell, dys. Warner Bros Polska

W rolę Catherine wcieliła się Margot Robbie. O castingu jeszcze przed premierą mówiono głównie negatywnie, wytykając choćby wiekową niezgodność. Trzeba jednak przyznać, że aktorka wybrnęła z powierzonego zadania bardzo dobrze. Jej Cathy jest przerysowana, manieryczna i dobrze oddaje mentalność dziewczyny z bogatego rodu. W poważniejszych momentach zawodzą trochę dialogi, ale poza tym Robbie wypada świetnie i dobrze odnajduje się na styku dworskiego pastiszu i namiętnego romansu.

Jeszcze więcej kontrowersji wzbudziło obsadzenie Jacoba Elordiego w roli Heathcliffa.

Książkowy bohater, choć nigdy nie poznajemy jego pochodzenia, z wyglądu porównywany jest do Roma, a więc Fennell, obsadzając w tej roli białego aktora, oskarżana była o whitewashing. Abstrahując od samego dyskursu, Elordi zaliczył już kolejny w ostatnim czasie świetny występ i pokazał się z innej strony niż zwykle. Jego Heathcliff jest w pewien sposób żałosny. Za charyzmą, kolczykiem i złotym zębem skrywający prawdziwą twarz zawiedzionego chłopca, który zrobi wszystko dla uwagi swojej ukochanej. Jest w tej kreacji wyjątkowo smutny wymiar, a Elordi, jak pokazał ostatnio we Frankensteinie, potrafi kreować bohaterów, którym łatwo jest współczuć.

Cała reszta obsady składa się z solidnych występów. Rozczarowała mnie nijaka Hong Chau, ale problem może w tym przypadku tkwić nie tylko w aktorce, ale i tym, że sam pomysł na postać Nelly nie sprawdza się w filmie najlepiej. Bardzo lubię za to Alison Olivier, która dostała tym razem skrajnie inną rolę niż w Saltburn. Jej Isabella jest zabawna, przerysowana i stanowi świetny kontrast dla dojrzalszych Robbie i Elordiego. Spośród dalszego planu wybił się Martin Clunes, świetny w roli ojca Cathy, starego Earnshawa. Aktor nie ma może dużo czasu na ekranie, ale jego obecność za każdym razem jest wyczuwalna, a ostatnie, demoniczne sceny z jego udziałem są jednymi z lepszych w całym filmie.

Jacob Elordi w filmie Wichrowe wzgórza, reż. Emerald Funnell, dystrybucja Warner Bros.
fot. Wichrowe wzgórza, reż. Emerald Fennell, dys. Warner Bros Polska

Za zdjęcia do Wichrowych wzgórz odpowiada Linus Sandgren, z którym Fennell współpracowała już przy okazji Saltburn. Kolaboracja po raz kolejny przyniosła nam świetny efekt. Nawet jeśli część scen nakręcono nieszczególnie ciekawie, operator nadrabia to kilkoma fantastycznymi sekwencjami. Uwielbiam okraszoną czerwonym światłem, nawiązującą do Przeminęło z wiatrem ucieczkę Heathcliffa, sekwencję w domu Lintonów czy kadr ze stosami butelek. Tu pochwały należą się nie tylko Sandgrenowi, ale i reszcie ekipy odpowiedzialnej za scenografię, kostiumy czy oświetlenie. Wszystkim im udało się wykreować groteskowy świat, pełen teatralnych pomieszczeń i krajobrazów. Z tego wszystkiego wyraźnie wyłania się wizualny pomysł, jaki przyświecał Fennell, a który tak dobrze koresponduje z humorystycznym, przerysowanym tonem historii.

Przed premierą sporo mówiło się także o soundtracku, bo dedykowany album do Wichrowych wzgórz wypuścić miała Charli xcx. Artystka rzeczywiście nagrała kilka utworów, które w filmie się znalazły, ale w większości nie robią one szczególnego wrażenia. Zdają się raczej elementem kampanii marketingowej, a nie integralną częścią stylistyki filmu. Wyjątek stanowi Chains of Love, które jest wykorzystane rzeczywiście ciekawie i świetnie sprawdza się jako akompaniament sekwencji montażowej u Lintonów.

Gdy uciekniemy od internetowych wojen i litrów pomyj wylewanych na Fennell, dojdziemy do wniosku, że nowe Wichrowe wzgórza to całkiem niezły film. Oczywiście nieraz nudny, kiepski w scenach miłosnych i w ogólnym rozrachunku zdecydowanie najgorszy w dorobku reżyserki, ale przy tym też wywiązujący się z zadania, które bierze sobie na barki. To opowieść o burzliwej miłości, z dwójką dobrze napisanych i zagranych bohaterów, a do tego groteskowy, komediowy obraz upadającej arystokracji i udana próba włączenia erotyki w obszar gotyckiej literatury.

Szkoda, że film, który choć nieidealny, jest naprawdę ciekawy i pozostawiający pole do wielu dyskusji, w internetowym dyskursie sprowadzany jest do profanacji.

Fennell podjęła szereg odważnych decyzji, zmieniła Wichrowe wzgórza Brontë i wprowadziła do nich te tematy, które interesują ją jako autorkę. Takie podejście nie tylko nie jest ofensywne, ale jest wręcz pożądane przy adaptacji. I niezależnie czy wprowadzone zmiany się komuś podobają czy nie, decyzja o przefiltrowaniu książki przez własną wrażliwość i styl to najlepsze, co może zrobić twórca podczas ekranizacji.  A gdybyśmy żyli w świecie, gdzie każdy reżyser sięgający po klasyczną literaturę musi kierować się szacunkiem i pełnym podporządkowaniem, nasza kultura tkwiłaby w strasznie nudnym miejscu.

Jeśli podoba się Wam nasza praca oraz działalność i chcecie nas wesprzeć, możecie nam postawić wirtualną kawę. To nam bardzo pomoże w rozwoju!Postaw mi kawę na buycoffee.to