„Wielki Marty”. Recenzja filmu – Made in America

Stanisław Sobczyk03 stycznia 2026 15:34
„Wielki Marty”. Recenzja filmu – Made in America

Po rozstaniu braci Safdie, Josh wraca z nowym filmem. Czy Wielki Marty powtórzył sukces Nieoszlifowanych diamentów?

Sześć lat temu swoją premierę miały Nieoszlifowane diamenty. Film, który pomimo braku oscarowych nominacji, zachwycił widownię i przez wielu nazywany był jednym z najlepszych tytułów 2019 roku. Po pierwszym tak dużym sukcesie jego twórcy, bracia Safdie, niespodziewanie postanowili się rozejść. Dopiero w 2025 roku każdy z nich zaprezentował światu swój kolejny projekt. Młodszy, Benny, który w ostatnim czasie rozwija także karierę aktorską, zrealizował Smashing Machine, biografię zawodnika UFC Marka Kerra, która spotkała się raczej z ciepłym przyjęciem i zdobyła nagrodę za reżyserię w Wenecji, ale nie wzbudziła szczególnych zachwytów.

Tymczasem Josh, starszy z braci, nakręcił Wielkiego Marty’ego, film, w którym już od dawna pokładano duże nadzieje i o którym mówiono jako o duchowym spadkobiercy Nieoszlifowanych diamentów. Produkcja zadebiutowała niespodziewanie na festiwalu w Nowym Jorku jako seans-niespodzianka i już pierwsze opinie zapowiadały, że możemy mieć do czynienia z kolejnym arcydziełem w dorobku Safdiego. W kolejnych miesiącach ze wszystkich stron zalewała nas szeroko zakrojona kampania promocyjna Wielkiego Marty’ego. Timothée Chalamet dwoił się i troił, by promować film, a wraz z kolejnymi pokazami, rozgłos wokół produkcji narastał. Wreszcie nastał dzień, w którym i polskiej widowni przyszło zobaczyć jeden z najbardziej wyczekiwanych tytułów 2025. Czy rzeczywiście mamy do czynienia z sukcesem na miarę Nieoszlifowanych diamentów?

Akcja filmu rozgrywa się w 1952 roku. Marty Mauser, 23-letni Nowojorczyk żydowskiego pochodzenia, marzy o karierze profesjonalnego zawodnika ping-ponga. Nie interesuje go zwykła praca na etat, mierzy wysoko. Jego plan zakłada wyjazd na mistrzostwa świata w tenisie stołowym, rozgrywające się w Londynie. By spełnić swoje marzenie, nie cofnie się przed niczym.

Timothee Chalamet w filmie Wielki Marty
fot. Wielki Marty, reż. Josh Safdie, dystrybucja Monolith Films

Bracia Safdie już od czasu swoich pierwszych produkcji, takich jak Daddy Longlegs czy Good Time, przyzwyczaili nas do pewnej charakterystycznej struktury scenariusza.

Ich filmy przeważnie skupiają się na niejednoznacznych bohaterach, którzy, chcąc dopiąć swego, spotykają się z serią komplikacji i problemów. Tę formułę w najlepszym i najbardziej dopracowanym wydaniu widzieliśmy w Nieoszlifowanych diamentach gdzie odgrywany przez Adama Sandlera Howard mierzył się z mnóstwem przeszkód, pragnąc postawić zakład, na którym tak mu zależało. 

Podczas gdy Benny, kręcąc Smashing Machine, wyraźnie z tej struktury zrezygnował i próbował zrobić coś nowego, Josh nadal się jej trzyma. Wielki Marty to na wielu poziomach film podobny do Nieoszlifowanych diamentów. To ponownie opowieść o wygadanym, charyzmatycznym Nowojorczyku żydowskiego pochodzenia, który zrobi wszystko, by osiągnąć swój cel, krzywdząc przy tym bliskich i zmagając się z mnóstwem tarapatów po drodze. Zapętlająca się i komplikująca z każdą minutą narracja to już znak rozpoznawczy braci Safdie. Mimo wielu podobieństw należy jednak zaznaczyć, że Wielki Marty to film stojący na własnych nogach. Taki, który pomimo wyraźnych podobieństw do poprzedniego projektu reżysera (wystarczy zestawić ze sobą czołówki obydwu filmów – w Nieoszlifowanych diamentach napisy początkowe towarzyszą scenie kolonoskopii, w nowym filmie zapłodnieniu), opowiada o czym innym i jest obudowany w szereg interesujących, historycznych kontekstów, których wcześniej w twórczości braci nie było.

Scenariuszowo Wielki Marty reprezentuje poziom, do jakiego przyzwyczaili nas już Josh Safdie i Ronald Bronstein, scenarzysta, który pracował z braćmi już od ich pierwszych projektów (co ciekawe również jako aktor, a w Daddy Longlegs przypadła mu nawet główna rola). Chociaż struktura jest sprawdzona, film nadal potrafi zaskoczyć. Akcja jest poprowadzona fantastycznie, tempo wzrasta z każdą minutą, a choć całość trwa ponad dwie i pół godziny, trzyma w napięciu aż do ostatniej sceny. Wielki Marty, chyba nawet bardziej niż Nieoszlifowane diamenty, posługuje się strukturą pętli. Marty wpada w kolejne tarapaty, postacie poboczne pojawiają się, znikają i wracają, a napięcie stale narasta, mieszając szaloną komedię z osobistymi tragediami. Tym razem nawet na większą skalę niż w poprzednich produkcjach Safdiego, bo na drugim planie znajdziemy jeszcze więcej bohaterów, jeszcze więcej wątków: od tych związanych stricte z ping-pongiem, przez romantyczne, aż do mafijnych. Reżyser buduje skomplikowaną strukturę Nowego Jorku, a nawet wychodzi poza niego, co wcześniej mu się nie zdarzało.

Timothee Chalamet w filmie Wielki Marty, reż. Josh Safdie, dystrybucja Monolith Films / „Wielki Marty”. Recenzja filmu – Made in America
fot. Wielki Marty, reż. Josh Safdie, dystrybucja Monolith Films

Podstawowa różnica między Wielkim Martym a Nieoszlifowanymi diamentami tkwi w tym, o czym opowiadają obydwa filmy. Podczas gdy poprzedni tytuł reżysera mówił o chciwości, nieumiarkowaniu i walce o wielki, finansowy sukces, to w jego nowym dziele pieniądze nie są celem samym w sobie, a jedynie sposobem na spełnienie wielkiego marzenia głównego bohatera.

Wielki Marty to opowieść o marzeniach stawianych ponad wszystko inne.

O walce, na której końcu znajduje się sukces, sława i międzynarodowe uznanie. Safdie rozlicza się z mitem, który leży u podstaw amerykańskiego kapitalizmu. Wizji świata, w którym przy odpowiedniej determinacji i dążeniu do zamierzonego celu każdy może dojść na sam szczyt. W końcu w Stanach od dziesięcioleci funkcjonuje obraz milionerów jako tych, którzy osiągnęli wszystko tylko dzięki samym sobie. Doszli na górę systemu poprzez ciężką pracę, intuicję i żyłkę do biznesu. W Hollywood widzieliśmy już przecież setki filmów poświęconych sportowcom, którzy wyrwali się z szarych przedmieść i wygrali w spektakularny sposób.

Marty jest idealnym protagonistą dla takiej produkcji. Młody chłopak, którego nie interesuje praca na etat, ale za to ma marzenie, które spełni pomimo wszystkich niedogodności losu. Safdie jednak nie chce budować wokół niego kolejnej wielkiej narracji czy chwalić go za tego typu mentalność. Wielki Marty dekonstruuje standardowy schemat kina sportowego. Nie obchodzą go treningi, a rywalizacja przy tenisowym stole bardzo szybko schodzi na dalszy plan. Przez większość czasu Marty nie jest nawet w filmie sportowcem, ale samolubnym desperatem jeżdżącym po Nowym Jorku i odbijającym się niczym piłeczka ping-pongowa od kolejnych postaci.

Wystarczy spojrzeć na różnicę między głównym bohaterem a jego sportowym rywalem. Pochodzący z Japonii Koto Endo nie uczestniczy w turnieju, żeby spełnić swoje wielkie marzenie, ale by wykonać powierzone mu zadanie. Nie jest showmanem jak Marty, ale prostym robotnikiem, który w turnieju przede wszystkim reprezentuje swój kraj. Safdie wyraźnie zaznacza różnicę między amerykańskim mitem skupionym na indywidualnym sukcesie, a japońską mentalnością, w której jednostka jest częścią kolektywu, a jej wygrana ma być zwycięstwem całego narodu.

Kevin O'Leary w filmie Wielki Marty, reż. Josh Safdie, dystrybucja Monolith Films / „Wielki Marty”. Recenzja filmu – Made in America
fot. Wielki Marty, reż. Josh Safdie, dystrybucja Monolith Films

Safdie krytykuje ideę indywidualizmu, która stoi u samych podstaw psychologii Marty’ego.

Pokazuje, jak młody chłopak, marząc o sukcesie, krzywdzi wszystkich wokół i sprowadza na siebie coraz większe problemy. Raz po raz zawodzi nawet tych, którzy najbardziej mu kibicują. Marty uwielbia powtarzać, że kiedy wreszcie zarobi góry pieniędzy, wyciągnie najbliższych z biedy, ale prawda jest taka, że przez cały film traktuje ich instrumentalnie. Spotyka się z Wallym tylko po, żeby zarobić, a do Rachel, która jest w ciąży z jego dzieckiem, zwraca się dopiero, kiedy potrzebuje jej pomocy. Każdy aspekt jego relacji jest podporządkowany własnym celom. Przełom w wątku Marty’ego następuje dopiero wtedy, kiedy ten postanawia wreszcie zrobić coś bezinteresownie i po raz pierwszy wziąć odpowiedzialność za własne czyny.

Kluczem do obalenia kruchego, kapitalistycznego mitu w Wielkim Martym jest dobitne pokazanie hipokryzji głównego bohatera. Marty, który powtarza, że do wszystkiego dojdzie sam, tak naprawdę bez przerwy musi ratować się pomocą innych. Gdyby nie jego bliscy i ludzie, których w zasadzie błaga o wsparcie, nie udałoby mu się osiągnąć nic. Ostatecznym rozwiązaniem jest zresztą całkowite upokorzenie. Tam, gdzie wielu twórców filmowych czy autorów książek o samorozwoju pokazuje sukces osiągnięty ciężką pracą i naiwny happy end, Safdie portretuje zakończenie w swojej skali bardzo małe, można by rzec, że wręcz rozczarowujące. W tym kontekście hasło promocyjne Wielkiego Marty’ego, zapisane wielkimi literami „DREAM BIG”, wydaje się całkowicie ironiczne. W końcu ogromne marzenie Marty’ego okupione jest ciągłymi upokorzeniami, porażkami i brutalnymi zderzeniami z rzeczywistością. Tak upada mit amerykańskiego indywidualizmu i podążania za marzeniami.

W kontekście tej wielkiej amerykańskiej narracji, znaczące jest także to, że akcja filmu rozgrywa się na początku lat 50. Marty należy do pierwszego pokolenia młodych ludzi, które nie doświadczyło wojny. Chłopak jest młody, pewny siebie, tematy związane z nazistami i zagładą traktuje raczej bez większych emocji, nie ma choćby żadnego problemu z żartowaniem z Hitlera. Przeciwwagą dla niego są drugoplanowe postaci, które z koszmarem wojny się zmierzyły: Kletzki, który przetrwał Auschwitz, a który teraz nie ma już marzeń, a jedynie realistyczne cele, czy Rockwell, który stracił syna na froncie i traktuje ten temat śmiertelnie poważnie.

Marty jest zapowiedzią czasów, które w Ameryce dopiero mają nadejść.

Boomu na kapitalizm, mitu indywidualnego sukcesu i pewności siebie, która dziś traktowana jest jako cnota. Safdie konfrontuje tę wizję rozwijających się Stanów z całą resztą świata. Z pokornym Kletzkim i myślącym kolektywnie Endo. Przy ich postawach Marty i cała Ameryka prezentują się jak naiwny dzieciak, który nie zmierzył się jeszcze z realiami prawdziwego świata i marzy o wielkim sukcesie, nie zważając na świat wokół. Widniejące na piłeczce ping-pongowej hasło „Made in America” zdaje się równie prześmiewcze, co „dream big”.

Timothee Chalamet w filmie Wielki Marty, reż. Josh Safdie, dystrybucja Monolith Films / „Wielki Marty”. Recenzja filmu – Made in America
fot. Wielki Marty, reż. Josh Safdie, dystrybucja Monolith Films

Nie jest tajemnicą, że bracia Safdie potrafią wyciągać z aktorów to, co w nich najlepsze. W Good Time pokazywali, że Robert Pattinson to coś więcej niż kiepskie role w Sadze Zmierzch, w Nieoszlifowanych diamentach udowodnili wszystkim, jak fantastycznym aktorem jest Adam Sandler, a w zeszłorocznym Smashing Machine Benny dał Dwayne’owi Johnsonowi pierwszą tak ciekawą rolę w karierze. Odgrywający Marty’ego Timothée Chalamet oczywiście nie jest aktorem, który komukolwiek cokolwiek musi jeszcze udowadniać. Widzowie już przecież pokochali go w Tamtych dniach, tamtych nocachDiunie czy Kompletnie nieznanym, ale i tak to właśnie Safdie przyczynił się do tego, że teraz możemy oglądać aktora w najlepszym wydaniu w całej karierze.

Chalamet jest w Wielkim Martym po prostu wybitny.

To kreacja wielka, porównywalna do niesamowitych występów z zeszłego wieku, które przynosiły aktorom Oscary i ugruntowały ich pozycje jako ikon kina. Chalamet jest wygadany, charyzmatyczny i urokliwy. Ma w sobie ten sam czar co Adam Sandler w Nieoszlifowanych diamentach, ale dodatkowo wzbogacony o młodzieńczą naiwność. Potrafi sprawić, że bohater, który jest moralnie naganny i na żywo zapewne irytowałby każdego z widzów, w filmie potrafi sprawić, że rzeczywiście mu kibicujemy. Jego ogromna pewność siebie i wypowiadane z szybkością karabinu maszynowego kłamstwa sprawiają, że ogląda się go fantastycznie.

To też występ naprawdę zniuansowany. Początkowy urok osobisty Marty’ego z czasem traci na mocy. W dalszej części filmu zaczynamy zauważać hipokryzję bohatera, dostrzegać desperację, z którą próbuje przekonywać kolejne postacie, żeby mu pomogły. Jeśli ta rola nie przyniesie Chalametowi Oscara, będzie to skandal. Aktor wyprzedził w tym roku konkurencję o kilka długości i nie ulega wątpliwości, że to jego występ najbardziej zasługuje na statuetkę. Byłoby to również świetne uhonorowanie całego jego dorobku, trudno bowiem we współczesnym Hollywood o drugiego trzydziestolatka z tak pokaźnymi osiągnięciami.

Jednak Wielki Marty to nie tylko rewelacyjny Chalamet, ale i niesamowity drugi plan, który wcale nie przygasa przy tak monumentalnym występie. Pierwszą tak dużą rolę w karierze otrzymała choćby Odessa A’zion i poradziła sobie świetnie. Jej postać to dobre uzupełnienie dla Marty’ego, z jednej strony na wielu płaszczyznach inna, z drugiej równie wyrazista i cwana. Jej rola w filmie jest niezwykle istotna, a sam wątek dobijająco przykry. Druga, duża kobieca rola przypadła Gwyneth Paltrow. Aktorka, dziś skompromitowana ze względu na serię bzdurnych wypowiedzi i jej pseudomedyczną firmę, pierwszy raz od lat dostała tak istotny występ w pierwszoligowym filmie. I trzeba jej oddać, że wypadła bardzo dobrze. Jest wyważona, w swojej dojrzałości i stanowczości tak różna od Chalameta. W końcu jej bohaterka, Kay, przeżyła już sukces o jakim marzy Marty i dobrze wie, że po nim przychodzi rozczarowujące, przeciętne życie. Kolejną, dużą rolę dostał Kevin O’Leary. Angaż niezwiązanego z aktorstwem, protrumpowskiego biznesmena z Kanady wzbudził sporo kontrowersji, ale podobnie jak przy Paltrow, samej roli nic nie można zarzucić. O’Leary jest wyjątkowo wiarygodny jako nowojorski przedsiębiorca. Pozbawiony skrupułów, interesowny i w swoim zimnokrwistym niewzruszeniu zupełnie inny niż Marty. Zresztą jego ostatnia kwestia to jeden z najlepiej napisanych momentów filmu.

Wielkim Martym znajdziemy również szereg trochę mniejszych, ale nadal wyjątkowo wyrazistych występów aktorskich. Safdie, jak to ma w zwyczaju, zaangażował do filmu ludzi, którzy często z aktorstwem niewiele mają wspólnego. Pojawia się choćby Tyler, the Creator – raper, który świetnie poradził sobie w aktorskim debiucie. Jego Wally to niezwykle sympatyczna postać i, kolejny już, kontrast dla Marty’ego. Pojawia się też reżyser, Abel Ferrara, i wypada cudownie jako przerysowany, nowojorski gangster. Na dalszym planie znajdziemy też zresztą innego twórcę, który przeważnie stoi za kamerą, czyli Davida Mameta (jego rola jest o tyle ciekawa, że jest on autorem wielu znanych sztuk, a w Wielkim Martym wciela się w reżysera teatralnego).

Smaczki znajdziemy także wśród aktorów odgrywających zawodników tenisa stołowego. Koto Kawaguchi, który na co dzień jest prawdziwym graczem ping-ponga, wypada świetnie jako Koto Endo, kompletne przeciwieństwo Marty’ego. Jeszcze lepszy jest Géza Röhrig, który stanowi część dwóch wybitnych scen filmu. Dodatkowej głębi temu castingowi dodaje fakt, że aktor, który u Safdiego wciela się w ocalonego z Auschwitz Kletzkiego, dekadę temu odgrywał główną rolę w Synu Szawła.

Tyler, the Creator w filmie Wielki Marty, reż. Josh Safdie, dystrybucja Monolith Films / „Wielki Marty”. Recenzja filmu – Made in America
fot. Wielki Marty, reż. Josh Safdie, dystrybucja Monolith Films

Wizualnie Safdie przyzwyczaili nas już do swojego specyficznego stylu.

Szwenki, zoomy i zamierzenie chaotyczne ruchy kamery. Wielki Marty od tej formuły zupełnie nie odstaje. Szybkie przejścia oddają chaos samej narracji, często wywołując komediowy efekt. Ciekawie nakręcone są również sceny meczów ping-ponga, często prezentujące rozgrywkę z perspektywy widowni. Zdarzają się też wyjątkowo ekscentryczne, ale trafione pomysły, takie jak otwarcie filmu sceną zapłodnienia, na której końcu jajeczko zmienia się w piłeczkę ping-pongową. Wszyscy ci, którym podobała się już stylistyka Good Time i Nieoszlifowanych diamentów, będą zachwyceni, szczególnie, że do tego dochodzi świetnie sportretowany Nowy Jork lat 50., przemyślane kostiumy i scenografia.

Świetnie wypada też soundtrack. Oryginalna ściezka dźwiękowa skomponowana przez Daniela Lopatina jest cudowna. Hipnotyzuje i idealnie oddaje dynamikę oraz klimat filmu. Utwory takie jak Holocaust Honey zdecydowanie zapamiętam na dłużej. Do tego dochodzi jeszcze seria starszych piosenek wykorzystanych przez twórców. Uwielbiam zarówno otwarcie w rytmie Forever Young, jak i zamknięcie z Everybody Wants to Rule the World. Chyba moim ulubionym z muzycznych wyborów jest fantastycznie wykorzystane Everybody’s Got to Learn Sometime – smutne i dobrze podkreślające rozczarowanie Marty’ego.

Wielki Marty to film niezwykły. Tak napakowany treścią, wątkami i kontekstami, że kolejne tropy i myśli przychodzą nawet długi czas po seansie. Josh Safdie dokonał czegoś wielkiego, powtórzył sukces Nieoszlifowanych diamentów i zapisał w swoim dorobku kolejny, fantastyczny projekt. To nie tylko rewelacyjna rozrywka, która dzięki przemyślanej, chaotycznej strukturze trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej sceny, ale i rozliczenie z amerykańskim mitem indywidualizmu, leżącym u samych podstaw kapitalistycznego systemu. Najlepsza rola w dorobku Chalameta, najlepszy film Safdiego i bezapelacyjnie najlepszy film roku.

Wielki Marty trafi na ekrany polskich kin 30 stycznia 2026.

Jeśli podoba się Wam nasza praca oraz działalność i chcecie nas wesprzeć, możecie nam postawić wirtualną kawę. To nam bardzo pomoże w rozwoju!Postaw mi kawę na buycoffee.to