Serial Wonder Man to jak dotąd chyba najbardziej niepozorna produkcja w całym portfolio Marvel Studios. Dziejąca się na uboczu historia zamiast multiwersalnej skali i dziesiątek znanych twarzy oferuje widzom coś, czego w MCU ostatnimi czasy brakuje – szczere emocje.
Ten rok będzie decydującym dla przyszłości Marvel Cinematic Universe. Chociaż wydaje się, że stwierdzenie to powtarzane jest regularnie od paru lat, jeszcze nigdy nie miało ono tak prawdziwej wagi. Prawie dwadzieścia lat temu wraz z Iron Manem Jona Favreau MCU rozpoczęło proces fundamentalnej zmiany w kinie rozrywkowym. Zmiany, za którą, o ironio, samo przestało nadążać.
W zeszłym roku nawet pozytywnie przyjęci Thunderbolts* i Fantastyczna 4: Pierwsze kroki nie miały szans być oblepionym dolarami kołem ratunkowym, na jakie liczyło studio powoli tonące w brodziku swoich własnych złych decyzji i klap finansowych. Teraz, pod dowództwem chyba już zmęczonego tym całym ambarasem Kevina Feige’ego, stawia wszystko na jedną, znajomo wyglądająco kartę. Rozpoczęta na dwanaście miesięcy przed premierą filmu kampania marketingowa Avengers: Doomsday jest jasnym sygnałem. Grudniowy blockbuster to absolutny priorytet Marvel Studios, produkcja z mesjańskim powołaniem.
W natłoku kolejnych teaserów obiecujących wielkie powroty i zagrożenie, jakiego świat jeszcze nie widział, Wonder Man nieśmiało puka nas palcem w ramię, by przypomnieć, że też ma premierę w tym roku. I, w przeciwieństwie do Doomsday, nie trzeba wcale na nią czekać, bo już za moment wyląduje na Disney+. Chociaż na ostatnią chwilę Marvel zreflektował się i uznał, że dział promocji Wonder Mana zasłużył na garść leżących odłogiem drobniaków, serial wydaje się trafiać na platformę raczej z przymusu.

Zapewne skazuje go to na rychłe zapomnienie, liczę jednak, że słowo się poniesie i marketing szeptany zadziała, bo Wonder Man jest zwyczajnie zbyt dobry, by skończyć takim marnym losem. Ośmielę się jednak stwierdzić, że serial stworzony przez Destina Daniela Crettona, reżysera Shang-Chi i nadchodzącego Spider-Man: Brand New Day oraz Andrew Guesta, który miał szansę pisać pojedyncze epizody dla 30 Rock, Community czy Brooklyn 99, w kontraście do swojego bohatera raczej nigdy nie miał aspiracji podbicia Hollywood.
W końcu dystrybuowany jest pod banerem Marvel Spotlight, inicjatywy dla projektów na mniejszą skalę, skupionych na konkretnej postaci i zwykle mocno odcinających się od reszty uniwersum. Srebrne logo Marvel Spotlight, witające widzów przy każdym kolejnym odcinku Wonder Mana, wydaje się też próbą stworzenia jakościowego odłamu telewizji spod szyldu Domu Pomysłów. Takiego, który może kupić sobie potencjalnych odbiorców niechętnie sięgających po projekty znacznie bardziej zintegrowane z resztą marki Marvela. Ta zaś przez ostatnie lata bez wątpienia straciła na prestiżu. Parafrazując klasyczny slogan HBO – to nie MCU, to Marvel Spotlight.
Chęć wyraźnego pokazania, że Wonder Man nie jest *tylko* kolejną produkcją Marvela, zaczyna się więc jeszcze przed pierwszą klatką właściwego serialu. Potrzeba buntu przeciwko ojczulkowi Kevinowi i jego medialnemu imperium crossoverów jest też odczuwalna w praktycznie każdym innym elemencie serialu. W szykownych planszach tytułowych, w ograniczeniu nawiązań do szerszego uniwersum do absolutnego minimum, w kompletnej nieobecności jakiejkolwiek ustanowionej wcześniej postaci z MCU, poza powracającym Trevorem (Ben Kingsley) i agentem Clearym (Arian Moayed). To już nie Nowy Jork, a słoneczne Los Angeles. Dzięki temu tak brutalna krecha, oddzielająca Wonder Mana od reszty produkcji spod czerwonego szyldu Marvela, nie jest niczym nienaturalnym.
Debatę dotyczącą tego, czy tak ostentacyjne odcinanie się od komiksowego dziedzictwa jest bardziej odważnym krokiem do przodu, czy raczej tchórzliwym ukrywaniem własnego rodowodu, zostawiam na później. Na wszelką korzyść i niekorzyść Marvel Studios, wręcz nieistniejąca synergia między Wonder Manem a resztą produkcji Marvela z ostatnich lat jest największym atutem serialu Guesta i Crettona.

Duet twórców jest świadom tego faktu i postanawia w pełni wykorzystać potencjał kreatywnej wolności, jaką daje bycie produkcją, która znacznej części fanów MCU zwyczajnie nie obchodzi. Być może nieco większe zaangażowanie w rozbudowę świata przedstawionego mogłoby sprawić, że ten stan rzeczy by się zmienił. Wonder Man stałby się wtedy kolejną historią postaci, która z odmętów obskurności wyrosła do miana pełnoprawnej marki, jak Strażnicy Galaktyki. Zapewne okupione byłoby to jednak kosztem ograbienia Wonder Mana z jego wyjątkowej tożsamości. Może to banalne, ale fakt, że na pierwszym miejscu jest to serial, kropka, a dopiero na drugim serial Marvela, zmienia wszystko. Rzecz jasna, na dobre.
Wonder Man często – i nierzadko zaskakująco odważnie – romansuje z meta-narracją. Jednocześnie krytykuje bolączki współczesnego Hollywood i wielkich franczyz (czyli, de faco, Marvela) oraz stanowi wyraz szczerej miłości do sztuki kreacji i performensu. Wszystkiego, co najlepsze i najgorsze w Fabryce Snów doświadczamy oczami Simona Williamsa (Yahya Abdul-Mateen II), obdarzonego niewyobrażalnie potężnymi mocami aktora, który musi ukrywać swoje nadprzyrodzone umiejętności, by mieć jakąkolwiek szansę na rozwój kariery.
Wszystko to przez rosnący brak zaufania do superbohaterów i głośny przypadek Doormana (Byron Bowers). W branży filmowej ten pseudonim wymawia się drżącym głosem, jakby samo jego wspomnienie było złym omenem. To przez niego wszelcy posiadacze supermocy, dla bezpieczeństwa siebie i innych, nie mogą w żadnym stopniu uczestniczyć w produkcjach filmowych. Dla Simona, który od dziecka marzył o byciu na srebrnym ekranie, pozorna potęga staje się klątwą i ściśle strzeżonym sekretem.
Mimo skrupulatnego ukrywania swojej super-przypadłości, amerykański sen Simona nie miał jeszcze szansy się spełnić. Los jednak chciał, by przypadkowe spotkanie z Trevorem Slatterym, aktorem i okazjonalnym terrorystą, wreszcie to odmieniło. Slattery podrzuca Simonowi plotkę o castingu do remake’u “Wonder Mana”, ramotki sci-fi sprzed lat o statusie kultowego klasyka, która dla Williamsa zawsze była rolą marzeń. Wystarczy tylko oczarować ekscentrycznego reżysera, Von Kovaka (Zlatko Burić), by sława, góry forsy i, co najważniejsze, artystyczne spełnienie, przywitały naszego bohatera z otwartymi ramionami. Ah, do tego jeszcze uniknąć agentów rządowych przekonanych, że Simon jest zagrożeniem wymagającym jak najszybszej neutralizacji.
Machinacje agentów Damage Control, nieudolnie próbujących przyłapać Simona na gorącym uczynku, na szczęście przez większość serialu rozgrywają się w tle. Na pierwszym planie może dzięki temu błyszczeć najmocniejszy punkt całego Wonder Mana, czyli relacja Simona z Trevorem. Duet poznaje się na seansie Nocnego kowboja, a ich kwitnąca przyjaźń zaczyna łudząco imitować tę między Jonem Voightem i Dustinem Hoffmanem w arcydziele Johna Schlesingera. Simon, niczym naiwny Buck, w pogoni za marzeniami pokłada zdecydowanie niezdrową ilość zaufania w dopiero co poznanym Trevorze. Ten, podobnie jak Ratso Hoffmana, uwodzi go charyzmą, ukrywając przy tym swój własny niemały sekret.

Jasne, w serialu Guesta i Crettona nie doświadczymy dołującego brudu Nowego Jorku z przełomu lat sześćdziesiątych czy homoerotycznego napięcia, tożsamych z filmem Schlesingera. Rdzeń pozostaje jednak ten sam, a twórcy, podążając za swoją inspiracją, kreują wiarygodny, niesamowicie sympatyczny i potrafiący wzruszyć bromans. Docierające się charaktery dwójki bohaterów to dynamika znana każdemu fanowi gatunku buddy cop. Simon to skryty introwertyk, niepewny swoich aktorskich umiejętności. Trevorem jest duszą towarzystwa i najprawdziwszą divą, przez wszystkich poza Williamsem traktowanym jak żart, który dawno już powinien się zakończyć. Jeden nie ma nic, drugi nie ma nic, więc razem mają wszystko, by wspólnie podbić Hollywood. Niełatwo jednak sprawić, by widz z miejsca kibicował parze przegrywów. Szczególnie, że pierwszego z nich dopiero poznaje, a drugi w swoich poprzednich filmowych występach przedstawiony został jako jedna z najbardziej irytujących postaci w całym kinowym uniwersum Marvela.
Tymczasem Simon i Trevor to para doskonale się dopełniająca. Do tego mająca zaskakującą głębię i sięgająca poza tropy pijanego mistrza/pokornego ucznia czy upadłej gwiazdy/zapatrzonego w nią młodzika. Guest oraz jego ekipa scenarzystów w każdym odcinku dbają o to, by nie uciekać w sztuczność. By Simon i Trevor byli przede wszystkim, pośród całego hollywoodzkiego szumu doprawionego szczyptą superbohaterskiego campu, najzwyczajniejszymi w świecie chłopami. Takimi z marzeniami, paroma traumami na karku, nierzadko strasznie głupimi pomysłami i boleśnie ludzkimi przywarami.
Trevor to nałogowy kłamca i manipulant, arogancko pewien swojego talentu, mimo niewielu dowodów na jego istnienie. Simon śmiertelnie poważnie traktuje każdą rolę, notorycznie wpada w spiralę overthinkingu i nieszczególnie radzi sobie w nawet najprostszej konwersacji z drugim człowiekiem. Całościowo sprawia więc pierwsze wrażenie raczej nieprzyjemnego neurotyka. Wonder Man pamięta, co pozwoliło Marvelowi wspiąć się na szczyt, z którego od paru lat niezgrabnie zjeżdża na własnym tyłku: stuprocentowe oddanie postaciom. Tak, by widz mógł trochę się z nich podśmiewać, trochę denerwować, ale przede wszystkim wierzyć, że ogląda narodziny pełnokrwistego bohatera. Kogoś, w kogo warto zainwestować się emocjonalnie. Nie tylko kolejny pionek stworzony na potrzeby najbliższego crossoveru z innymi Avengerami.
Laury należą się tu też Abdulowi-Mateenowi II i Kingsleyowi, których występy to ścisła czołówka ostatnich kilku faz MCU. Nie wierzę, że piszę to o postaci Trevora, którego w Shang-Chim ledwo szło przecierpieć. Kingsley dostaje materiał, z którym może pracować i który ma ambicje większe niż wpychanie jego postaci do szuflady kolejnego nijakiego comic reliefu. Nagle więc okazuje się, że w Trevorze cały ten czas drzemał potencjał na fantastyczną opowieść o godzeniu się z licznymi błędami własnej przeszłości. Nawet, jeśli są szczególnie bolesne, bo z czasem Trevor udowadnia, że jego aktorska brawura ma powody do istnienia. Po prostu zmarnował ją szeregiem potwornie niewłaściwych decyzji. Wonder Man to najprawdziwsze ostatnie kuszenie Trevora i uhonorowanie talentu Kingsleya.

Mimo tych zachwytów nawet bardziej doceniam kreację Simona, bo Abdul-Mateen II miał przed sobą znacznie trudniejsze zadanie i to już od samego etapu jego castingu. Chociaż Wonder Mana kojarzą w większości sami komiksowi zapaleńcy, domorośli eksperci co do zgodności z materiałem źródłowym wyrośli jak grzyby po deszczu, gdy tylko dowiedzieli się, że oryginalnie Williams jest biały. Abdul-Mateen II, tak jak wielu niebiałych aktorów skazanych na obcowanie z frustracjami fanów, musiał więc swoim występem stale udowadniać tej krzykliwej części widowni, że zasługuje na swoje miejsce w Wonder Manie. Zrobił to z nawiązką, a kwestia tego, jak Simon jako czarnoskóry mężczyzna musi nawigować po przestrzeni często tylko pozornie inkluzywnego Hollywood, poruszana jest (może aż nazbyt) subtelnie, ale na tyle wyraźnie, by nie móc przejść obok niej obojętnie.
Historia o dwóch ambitnych odludkach potrafiących nawzajem wycisnąć z siebie to, co najlepsze, gra w większości Wonder Mana pierwsze skrzypce i robi to wybornie. Momentami ustępuje jednak miejsca innym wątkom, a ich jakość waha się między byciem po prostu w porządku, a aktywnym ściąganiem serialu w dół.
Do pierwszej grupy należy metanarracyjny aspekt całej produkcji. Wonder Man ma coś do powiedzenia – albo wydaje mu się, że ma – o tradycji remake’ów, zmęczeniu kinem superbohaterskim czy trudach aktorów próbujących przebić się przez, bardziej betonowy niż szklany, sufit przemysłu kinowego. Najlepiej wychodzi mu komentarz na temat tego ostatniego. Widać, że serial Guesta i Crettona stworzony był z miksu frustracji i miłości, towarzyszącego profesji performera. Na wierzch przebija się przede wszystkim empatia wobec wszystkich marzycieli, którzy tracą zmysły od odbijania się między kolejnymi castingami.

Kiedy Wonder Man porusza szersze problemy branży, bliżej mu do po prostu przyzwoitej Franczyzy niż fantastycznego Studio. Nawet, gdy na wzór komedii Setha Rogena najnowszy serial Marvela rzuca nazwami rzeczywistych produkcji i inkorporuje występy gwiazd wcielających się w samych siebie. Dawanie Hollywood pstryczków w nos miewa lepsze i gorsze momenty, ale na szczęście ilość celnych strzałów przewyższa niewypały.
Tego samego nie można powiedzieć o problemowym tempie opowiadanej historii. Wonder Man to serial nienachalnie zabawny, który ma na siebie rzeczywisty pomysł, ale paradoksalnie zaczyna nużyć wtedy, gdy skręca w bardziej przesiąknięte akcją i kliszami rejony kina superbohaterskiego. Nadmierna skrótowość to największa bolączka produkcji Guesta i Crettona. Nieco więcej czasu ekranowego przydałoby się choćby rodzinie Williamsa, odgrywającej kluczową rolę w kształtowaniu go jako człowieka. Tymczasem potrafimy spędzić odcinek na przydługim wyjaśnieniu sprawy Doormana. Cały poświęcony mu czwarty epizod przyjmuje formę skeczu SNL, który nie wie, że dawno powinien się skończyć, już do samego końca nadszarpując wcześniej wypracowany rytm historii.
Choć daleko mu do ideału, w najważniejszych momentach Wonder Man na szczęście unika blockbusterowych uproszczeń. Jest też wolny od klątwy zwykle dręczącej seriale Marvela, czyli porzucenia ciekawego konceptu na rzecz bezmyślnego łubudu w finałowym odcinku. Nieoczywiste, kameralne i biorące z zaskoczenia zakończenie doskonale podsumowuje drogę Simona i Trevora. Do tego piękną klamrą łączy się z pilotażowym epizodem, sprawiając, że gdy po raz ostatni zobaczyłem napisy końcowe, miałem na twarzy nieznośnego banana. Potknięcia i nierówne rozłożenie akcentów łatwo wybaczyć, bo na szczęście – poza tym nieszczęsnym czwartym odcinkiem! – ograniczają się zwykle do wątków pobocznych. Gdy Wonder Man eliminuje rozpraszacze i skupia się na przyjaźni Simona i Trevora, osiąga wyżyny niewidziane przeze mnie w produkcji Marvela od czasu Wojny bez granic.
Cały pierwszy sezon Wonder Mana będzie dostępny na platformie Disney+ od środy 28 grudnia.