„Rosebush Pruning”. Recenzja filmu – Rodzinka.pl

Stanisław Sobczyk30 kwietnia 2026 08:00
„Rosebush Pruning”. Recenzja filmu – Rodzinka.pl

Rosebush Pruning zebrało fatalne recenzje na festiwalu Berlinale. Co poszło nie tak w nowym filmie Karima Aïnouza?

Kiedy w 2019 roku w sekcji Un Certain Regard podczas festiwalu w Cannes zwyciężył świetny, brazylijski dramat Niewidzialne życie sióstr Gusmão, przed jego reżyserem otworzyły się zupełnie nowe możliwości. Karim Aïnouz wyszedł poza swój kraj i już w 2023 w konkursie głównym festiwalu w Cannes zadebiutowało jego anglojęzyczne Firebrand z Alicią Vikander i Judem Law w rolach głównych. Film spotkał się co prawda z umiarkowanie ciepłym przyjęciem, ale już rok później na Lazurowym Wybrzeżu swoją premierę miał kolejny projekt twórcy. Tym razem brazylijski Motel Destino. Nie odniósł może wielkiego sukcesu, lecz wciąż trudno tu było mówić o porażce.

Już od lat było jednak wiadomo, że Aïnouz pracuje nad jeszcze jednym, dość ambitnym projektem. Mowa tu o Rosebush Pruning, które w założeniach miało być anglojęzycznym remakiem klasycznego włoskiego dramatu Pięści w kieszeni w reżyserii Marco Bellocchio z 1965 roku. Obraz imponował obsadą, bo wśród zaangażowanych nazwisk znaleźli się między innymi Callum Turner, Riley Keough, Elle Fanning czy nawet Pamela Anderson. Dużym zaskoczeniem okazało się jednak, że tytuł nie pojawi się w Cannes, jak wszystkie wcześniejsze produkcje reżysera od 2019 roku, a w konkursie głównym tegorocznego Berlinale. Już to było zwiastunem, że coś mogło pójść nie tak, leczna etapie zapowiedzianej premiery nikt chyba jeszcze nie spodziewał się jak dziwnym i absurdalnym filmem okaże się Rosebush Pruning.

Trójka rodzeństwa wraz z niewidomym ojcem żyje w luksusowej, barcelońskiej willi. Bogacze spędzają czas na głupotach, prowadzą rozrzutne życie i poddają się swoim ekscentrycznym aktywnościom. Kiedy najstarszy z braci, Jack postanawia zamieszkać z nową dziewczyną, a na jaw wychodzi prawda o zmarłej matce, rodzina zaczyna zmierzać ku upadkowi.

Callum Turner w filmie Rosebush Pruning, reż. Karim Ainouz
fot. Rosebush Pruning, reż. Karim Aïnouz

Już po pierwszych seansach Rosebush Pruning spotkało się z bardzo negatywnymi opiniami.

Widzowie w Berlinie byli zszokowani – dużo mówiło się o dziwactwach filmu Aïnouza i jego kuriozalności. Co by jednak o tym wszystkim nie mówić, ten ekscentryczny projekt jest w gruncie rzeczy wypadkową wielu trendów współczesnego kina artystycznego. Wystarczy tylko zauważyć, że za scenariusz odpowiada Grek Efthimis Filippou, który zasłynął tym, że przez lata współpracował z Yorgosem Lanthimosem, współpisząc między innymi KiełLobsteraZabicie świętego jelenia czy Rodzaje życzliwości. I ten charakterystyczny styl, oparty na abstrakcyjnym, czarnym humorze czy wizualnym szaleństwie jest w Rosebush Pruning doskonale widoczny. Porównania do Kła czy innych filmów greckiej dziwnej fali same nasuwają się na myśl.

Ponadto Rosebush Pruning idealnie wpisuje się w trend eat the rich, tak popularnego we współczesnym kinie. Film w wielu aspektach przypomina jeszcze bardziej przerysowaną, kiczowatą wersję Saltburn, w której oglądamy ekscesy i upadek współczesnej arystokracji. Ten wątek zresztą twórcy dodali całkowicie od siebie, bo w oryginalnych Pięściach w kieszeni nie mieliśmy do czynienia z tego typem aspektem klasowym.

Można więc uznać, że Rosebush Pruning ma wszystko, żeby zostać docenione. Uwielbiany przez widzów styl Lanthimosa, utożsamiany w tym przypadku przez Filippou, aktualny, popularny temat krytyki bogaczy, a do tego obsadę pełną głośnych, w większości cenionych nazwisk. Co więc poszło nie tak? W zasadzie wszystko.

Powiedzieć, że Rosebush Pruning jest dziwne to jak nic nie powiedzieć.

Film Aïnouza jest kuriozalny w każdym aspekcie. Groteskowy, dziwnie nakręony, bardzo często zakrawający o autoparodię. Oglądamy sceny, w których mało przekonujący bohaterowie robią coraz dziwniejsze rzeczy, oddając się kazirodztwu i wszelkim innym ekscesom. Kiczowate ujęcia w slow motion, kuriozalne sceny morderstw czy fabułę napędzaną absolutnie dziwacznymi motywacjami. Zagadką pozostaje, ile z tego wszystkiego to świadome decyzje reżysera, a ile stanowi nietrafiony efekt końcowy. To, co w założeniu miało być chyba błyskotliwą satyrą, wypada po prostu głupkowato.

Riley Keough w filmie Rosebush Pruning, reż. Karim Ainouz
fot. Rosebush Pruning, reż. Karim Aïnouz

Ta szalona, zamierzenie bądź niezamierzenie śmieszna, konwencja okazuje się jednak zaskakująco angażująca. 

Rosebush Pruning to fantastyczna rozrywka, film zaskakujący na każdym kroku. Kolejne sceny są szokujące, bohaterowie tak kreskówkowi, że trudno nie śmiać się z ich kwestii dialogowych. Na długo zapamiętam sekwencje tak absurdalne jak „mycie zębów”, jazdę konną czy atak wilków.

Raz na jakiś czas na największych festiwalach filmowych pojawiają się filmy tak kuriozalne, że aż fascynujące. Produkcje, które wydawałoby się powinny być poważne, a okazują się tak szalone, że ich seanse zapamiętuje się na lata. Mówię tu o tytułach pokroju Megalopolis Francisa Forda Coppoli czy Highest 2 Lowest Spike’a Lee, które absolutnie szokują zastosowanymi rozwiązaniami czy kiczem. Dokładnie takim filmem jest Rosebush Pruning – dziwacznym, festiwalowym ewenementem, który najlepiej ogląda się na dużym festiwalu pomiędzy dużo poważniejszymi dramatami. Bo wbrew pozorom to właśnie takie seanse, abstrahując już od poziomu samych filmów, zapamiętuje się najbardziej.

Jednak nawet przyjmując, że wszystkie te kuriozalne zabiegi i fabularne dziwactwa były zamierzonym efektem i właśnie takiej reakcji oczekiwał od publiki Aïnouz, jego film wciąż nie spełnił swojego celu. Bo choć Rosebush Pruning rzeczywiście portretuje bogaczy w skrajnie przerysowanym, groteskowym świetle, nie jest trafną czy dobrą satyrą. Reżyser dodaje do włoskich Pięści w kieszeni aspekt klasowy, ale nie robi z nim w zasadzie nic ciekawego. Jego film nie ma nic do powiedzenia o elitach – poza tym, że są szalone i doprowadzają do własnego upadku. Nawet wspomniane wyżej Saltburn czy inne produkcje z nurtu eat the rich wysnuwały w tym obszarze ciekawsze wnioski. 

Aïnouz wygłupia się, pokazuje absolutnie zwariowaną, autodestrukcyjną rodzinę, w której każdy z bohaterów jest trawiony przez własne obsesje i fetysze, ale ostatecznie niewiele z tego wynika. Nie ma tu komentarza odnośnie eugeniki i faszyzmu jak w oryginale, nie ma społecznej analizy, wreszcie nie ma nawet wniosków odnośnie traumy czy seksualnego wykorzystania, które wielokrotnie przewijają się w fabule. Jest jedynie głupkowata intryga, przekraczanie kolejnych granic absurdu i ciągłe zabawy z formą. Można się na Rosebush Pruning świetnie bawić, ale nie idą za tym żadne wnioski. Mamy tu do czynienia z dziwnym, lanthimosowskim potworem Frankensteina, w którym cała warstwa artystyczna sprowadza się do chaotycznych eksperymentów.

Pamela Anderson w filmie Rosebush Pruning, reż. Karim Ainouz
fot. Rosebush Pruning, reż. Karim Aïnouz

Obsada zdaje się rywalizować ze sobą o to, kto da najbardziej przerysowany występ.

Rola główna przypadła Callumowi Turnerowi, który zastąpił Josha Connora, który zrezygnował z roli, a którego ostatnio możemy oglądać na ekranie coraz częściej. To występ dziwny, oparty w dużym stopniu na monotnnej narracji i manierycznych wypowiedziach. Dużo bardziej szalona jest cała reszta obsady na czele z Tracym Lettsem wcielającym się w ojca rodziny. Aktor ewidentnie nie traktuje swojej roli poważnie. Jest parodystyczny, głupkowaty, idealnie odnajdując się w postaci starego, zboczonego nestora. To dziwaczny występ, idealnie wpisujący się w ogólny charakter filmu. Ekscentryczne są też role kobiece. Z jednej strony przeszarżowana, stanowcza Riley Kough, z drugiej odrealniona, oniryczna Pamela Anderson z niepokojącym uśmiechem, a jeszcze z trzeciej kompletnie nienaturalna i nieprzystająca do reszty Elle Fanning.

Stronę audiowizualną Rosebush Pruning ciężko jest opisać. Mówimy tu w końcu o filmie, który bez przerwy bawi się stylistyką i stosuje różnorakie, dziwaczne rozwiązania. Część scen przypomina sesje modelingowe, kiedy indziej mamy tu do czynienia z małymi teledyskami, w których bohaterom towarzyszy elektroniczna muzyka. Skala tych zabiegów jest jeszcze szersza: hiszpańskie krajobrazy, przesycone kolory czy pojawiająca się znikąd oniryczna atmosfera. Film miesza w sobie sceny, które są nakręcone prawie amatorsko z tymi, które wyglądają jak żywcem wyrwane z reklamy perfum bądź drogich ubrań. Co by nie mówić o tym jak głupie czy bezcelowe są często rozwiązania jakimi posługuje się Rosebush Pruning trzeba mu oddać, że to jedna z wizualnie najdziwniejszych i najbardziej ekstremalnych festiwalowych projektów ostatnich lat.

Rosebush Pruning to film równie głupi co angażujący.

Szalony w każdym aspekcie, poczynając od groteskowej fabuły, przechodząc przez przeszarżowane występy aktorskie, a kończąc na stronie wizualnej. To Saltburn na kwasie polane sosem z Lanthimosa. Niewiele jest tu aspektów, które można uznać za rzeczywiście udane. Aïnouz kastruje Pięści w kieszeni ze wszystkich najciekawszych pomysłów zastępując je wygłupami i standardowym przekazem eat the rich. Jeżeli tylko Rosebush Pruning pojawi się gdzieś na polskich festiwalach filmowych bądź w regularnej dystrybucji koniecznie polecam się na nie wybrać, bo ciężko będzie w tym roku o film równie abstrakcyjny i śmieszny.

Jeśli podoba się Wam nasza praca oraz działalność i chcecie nas wesprzeć, możecie nam postawić wirtualną kawę. To nam bardzo pomoże w rozwoju!Postaw mi kawę na buycoffee.to